PSIESPRESSO SHOT #10 auTHORytet

 

photo-1493606278519-11aa9f86e40a

 

„Dla człowieka, który dysponuje tylko młotkiem, wszystko, co spotyka zaczyna wyglądać jak gwóźdź.”

Wypowiadając powyższe słowa Abraham Maslow, zapewne zupełnie niezamierzenie ;-), zrobił z psów – nadludzi. Powtarzany jak mantra przez ”pozytywnych” trenerów cytat od lat stygmatyzuje tych, którzy stosują narzędzia awersyjne w szkoleniu psów. Wypowiedź Maslowa według piewców ”nurtu nagradzania zachowań pożądanych i ignorowania niepożądanych” jasno dowodzi, że ludzie to prymitywni troglodyci, pozbawione uczuć  i wyzute z wszelkich wartości kreatury z piekła rodem, które jak tylko się dowiedzą, że można skarcić psa za złe zachowanie to będą czyhać na każdą okazję, żeby złoić mu skórę i ku swojej uciesze co rusz po bat sięgać celem zaspokojenia swoich chorych fantazji. Czekają na to przyzwolenie z utęsknieniem, gdyż z całych sił pragną cierpienia swoich mniejszych braci.

Nawet sam Maslow w swojej hierarchii potrzeb/motywacji człowieka nie przewidział tak zacnego miejsca dla potrzeby wyrządzania okrucieństw. Tak naprawdę, w ogóle nie przewidział dla niej miejsca…

”Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.”

 A to już Orwell. Dzięki Maslowowi (dla jego obrony dodam, że zapewne wbrew jego woli) psy żyją w Orwellowskim świecie równych i równiejszych. Psy to te równiejsze. Prawa natury ich nie dotyczą. Obowiązują wszystkie inne istoty na Ziemi. Ale nie ich. A zwłaszcza nie dotyczą ich kary. My, istoty o ”wyższej inteligencji”, władcy planety Ziemia, jesteśmy tak oporni i głupi, że nie wystarczy nas motywować chęcią osiągania korzyści, ale także chęcią unikania awersji. Psy to farciarze. Są wyjątkowo hojnie uprzywilejowane przez naturę. Mogą przejeżdżać na czerwonym świetle. Mogą wchodzić do sklepu i brać co chcą bez płacenia za to. Mogą rzucić się obcemu w ramiona i całować bez opamiętania, bez względu na to czy on/ona sobie tego życzy, czy nie. A my, australopiteki, powinniśmy to ignorować. I nagradzać… z shota #6 pt.: ”abrakaDRAbra” już wiecie co ;-).

Nasi mniejsi bracia stali się Wielkimi Braćmi. Nadludźmi. Nic nie ujmując Orwellowi (”Rok 1984” to poza ”Dżumą” jedyna książka, którą – z dużą przyjemnością – przeczytałem przed maturą 😉 – nawet on tego nie przewidział.

Między rokiem 2008, a 2018 szkoliłem z użyciem narzędzi/metod awersyjnych, korekt i kar minimum 3000 psów (liczba raczej mocno zaniżona, niż zawyżona). Nie jest to może imponująca liczba – w końcu rodowód mam sportowy i głównie psimi sportami zajmowałem się u swych początków – ale nadal jest to próbka dość reprezentatywna ;-).

Na palcach jednej ręki mogę zliczyć sytuacje, gdy musiałem przewodników psów hamować i prosić o stonowanie ilości presji, bo używali jej w nadmiarze (nie dlatego, że byli z ”natury” okrutnymi debilami, ale brakowało im jeszcze techniki i wyczucia). Niemal wszyscy pozostali, a więc co najmniej 2995 właścicieli (Ci zamknięci w mojej dłoni to ”błąd statystyczny” ;-)) korygowali zbyt lekko i ciężko mi szło przekonanie ich, że więcej krzywdy niż pożytku przynoszą psom ich symboliczne, powierzchowne, pieszczotliwe działania. Czyżby jednak jaskiniowcy odczuwali niechęć do stosowania kar i zadawania bólu?

Nieco światła może rzucić na to kolejny bohater tej opowieści – Stanley Milgram. 

Amerykański (najlepszy! 😉 psycholog społeczny badał przyczyny i motywacje stojące za bezkrytycznym posłuszeństwem wobec zbrodniczych rozkazów, które skłoniły ”zwyczajnych”, ”normalnych”, ”przeciętnych Iksińskich” do zwyrodniałych czynów m.in. w obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej. Wiem, odpływam w nieoczywiste rejony, ale skoro zdarzało mi się spotkać z określaniem szkoleniowców stosujących kary mianem faszystów, to czuję się do meandrowania uprawniony ;-).

Eksperyment, który zaprojektował Milgram był ukierunkowany na zbadanie skłonności ludzi do ulegania autorytetom. Przy okazji poczyniono parę ciekawych spostrzeżeń a propos tego jaki stosunek mieli biorący udział w ”nieludzkim” eksperymencie do wymierzanych przez siebie kar. Dzieło psychologa przez długi czas było błędnie przedstawiane adeptom psychologii i socjologii jako dowód na prawdziwość teorii, że naturalną skłonnością człowieka jest czerpanie przyjemności z zadawania bólu innym.

Ale po kolei. Na jaki złowieszczy plan wpadł Stanley Milgram? W badaniu brał udział eksperymentator (podstawiony aktor), prawdziwa osoba badana, która wcielała się w rolę ”nauczyciela” oraz ”uczeń” – pomocnik eksperymentatora. Zadanie ”nauczyciela” polegało na czytaniu ”uczniowi” listy par słów i sprawdzaniu jak wiele z nich zapamiętał. Gdy ”uczeń” odpowiadał prawidłowo – ”nauczyciel” czytał następne słowo. Gdy ”uczeń” odpowiadał źle – ”nauczyciel” aplikował mu karę w postaci wstrząsu elektrycznego. Z każdą niewłaściwą odpowiedzią siła impulsu miała wzrastać.

Ku zadziwieniu (szokowi?)  zawodowych psychiatrów, którzy szacowali, że po najwyższą, sugerowaną przez eksperymentatora dawkę 450V sięgnie co najwyżej jedna osoba na tysiąc (jeden promil), maksymalną dawkę zaaplikowało aż 65% badanych.

Poniżej zapis video eksperymentu Milgrama:

Dlaczego tak wiele osób zastosowało najsilniejszy szok?

Czy tylko dlatego, że mieli nad sobą ”autorytet”?

Czy może też dlatego, że dostali młotek do ręki i zaczęli nim ochoczo wymachiwać?

Poza tym, że  autorytet ma porażającą siłę wpływu na działania badanych osób, naukowcy wyciągnęli z badania parę innych istotnych dla nas informacji:

Wszystkie osoby badane odbierały eksperyment jako bardzo nieprzyjemny i męczyły się z powodu cierpień ofiary.

Wszystkie osoby badane na pewnym etapie badania wyrażały obiekcje co do tego, czy należy aplikować kolejny wstrząs elektryczny.

Niektóre osoby badane prosiły badacza, aby pozwolił im przestać, a spotykając się z  odmową trzęśli się, pocili, jąkali, obgryzali paznokcie, mieli napady nerwo-śmiechu.

Niektóre osoby licząc na to, że zostanie to niezauważone, oszukiwały i dawały ofierze mniejsze wstrząsy, niż powinny (zamiast zaaplikowania wstrząsu 300 V wymierzały 15 V).

Kilku badanych chciało oddać wynagrodzenie za udział w badaniu (mimo, że otrzymanie pieniędzy nie było uwarunkowane w żaden sposób przebiegiem eksperymentu).

Badani po eksperymencie jednoznacznie określili udział w badaniu jako jedno z najgorszych zdarzeń, jakie im się w życiu przytrafiło i żaden z uczestników nie czerpał przyjemności z udziału w badaniu.

Wielu z ”nauczycieli” przeszło po eksperymencie załamanie nerwowe z objawami post-traumatycznych zaburzeń psychicznych.

Mutacje eksperymentu prowadzone przez inne uczelnie pokazały dodatkowo, że:

– gdyby w gestii badanego było to jaki impuls zaserwować ”uczniowi”, nikt nie przekroczyłby dawki 45 V

– gdy eksperymentator wskazując na zbyt silne dawki nakazywał ”nauczycielowi” przerwanie, ten bez zwłoki to akceptował, nawet, gdy słyszał głos ”ucznia” obstającego przy tym, że wstrząsy nie robią na nim wrażenia

– ”nauczyciel” był bardziej skłonny ulegać autorytetowi eksperymentatora, gdy ten był blisko, a gdy tylko ten dystans rósł (polecenia wydawane przez telefon z innego pomieszczenia) liczba badanych skorych do współpracy malała.

Jednym z najistotniejszych wyników badania był fakt, że żaden z „nauczycieli” nie aplikował silniejszych wstrząsów, jeśli towarzyszyli mu dwaj eksperymentatorzy i jeden z nich mówił mu, że nie musi wykonywać poleceń, jeśli tego nie chce.

Eksperymenty Milgrama nie są świadectwem tego, że człowiek ma naturalny instynkt agresji. Wręcz przeciwnie, dobitnie pokazują, że przeciętny zdrowy psychicznie człowiek odczuwa niechęć do zadawania innym cierpienia.

Wynik eksperymentu to przede wszystkim dowód olbrzymiej skłonności ludzi do ślepego podporządkowania się autorytetom.

Jednak wiara Milgrama w to, że zachowania zaprezentowane w eksperymencie będą miały przełożenie na życie codzienne była często i gęsto kwestionowana – badani pokładali zaufanie w eksperymentatorze, byli mu podporządkowani, zależni od niego, ubezwłasnowolnieni i dodatkowo znajdowali się w całkowicie obcym dla nich środowisku. Naturalne, że w opisanych warunkach rośnie posłuszeństwo (zwłaszcza ślepe), ale ciężko je ”przekładać” na życie codzienne. Kontekst sytuacyjny i ogromna presja jakiej zostali poddani nauczyciele miał znaczący wpływ na decyzje i zachowanie nauczycieli.  W tak skrajnie nienaturalnych warunkach wpływ czynników takich jak osobowość, pragnienia, przeżycia, motywacje, postawy i bliskie uczestnikom wydarzeń wartości na przebieg eksperymentu został zredukowany niemal do zera. Badani działali wbrew własnej woli.

Jednym z czynników, który nasilał posłuszeństwo badanych były m.in: brak bezpośredniego kontaktu lub duży dystans do ofiary. Dla kontrastu – potencjalna ofiara naszych praktyk – pies, nie jest schowany w drugim pokoju. Nie jest kimś ”odczłowieczonym”, dalekim, nieznajomym. Nauczyciel (klient) ma bezpośredni kontakt ze zwierzęciem, dużą z nim bliskość emocjonalną i więź (jakkolwiek niezdrowa by nie była, jest to nadal więź). Jest wspólnota przeżyć, jest bagaż przeszłości.

Drugim ważnym czynnikiem determinującym chęć/niechęć do zadawania coraz większego bólu ofierze była bliskość autorytetu. W mojej pracy z klientem 90% roboty odbywa się bez mojej obecności – to indywidualna praktyka uczniów/klientów, więc motyw nakładania presji z mojej strony jest znikomy. Tu moja obawa raczej idzie w inną stronę. Jest dużo większa szansa, że młotek (można zamienić to słowo na kolczatkę) stanie się drapaczką do pleców, będzie służył do masażu psa niż, że stanie się raniącym batogiem (a podkreślam, że nie powinien być ani jednym ani drugim!). To nie jest wcale dużo mniejsze niebezpieczeństwo i wcale nie dużo mniejsze zło (o tym ile złego w karaniu i gdzie jest ukryte powymądrzam się w którymś z kolejnych thrillerów).

Pozostając przy presji autorytetu – moim klientom już od pierwszych chwil naszej współpracy daję poczucie, że jeśli cokolwiek w tym co zobaczą im się nie spodoba (czy to w mojej z ich psem pracy czy własnej) mogą (powinni!) to natychmiast przerwać i swoimi odczuciami, obawami, obiekcjami się ze mną podzielić. Nikt nie jest do niczego zmuszany, nikt nie robi niczego wbrew własnej woli, nikt nie jest zmanipulowany. Wszelkie wątpliwości zostają zaadresowane. Daję klientom przekonanie, że nie zaproponuję dla ich psa niczego, czego sam bym nie zastosował wobec własnego psa w analogicznej sytuacji.

Po zapoznaniu się ze spostrzeżeniami badaczy prowadzących ”Milgramowski” eksperyment dotyczącymi reakcji ”nauczycieli” na własne działania nasuwa się wniosek, że nie taki młotek straszny jak go malują. I nie wszystko gwóźdź co się świeci.

Może jednak wcale tak chętnie nie wcielamy się w Thora zawsze, gdy widzimy, że zachowanie naszego psa zagraża bezpieczeństwu świata (tego naszego prywatnego ;-)?

Może więc sedno problemu z młotkiem tkwi nie we wrodzonym złu, przypisanym na stałe każdemu człowiekowi i bezmyślnemu jego praktykowaniu przy byle okazji, ale w autorytetach (tych od młotków się nie odżegnujących) i tym jaki wpływ oni mają na swoich ”słuchaczy”? W tym jaki dają im przykład, jak kształtują ich postawy, jak pilnują sami siebie by nie nadużywać swojej pozycji i pokładanych w nich nadziei?

”Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność.”

Na brak znajomości autorów pierwszych dwóch cytatów tego wpisu jestem w stanie przymknąć oko. Ale nie wybaczę jeśli nie wiecie, kto wypowiedział powyższe zdanie. Nie, to nie Winston Churchill, chociaż podobno coś w ten deseń kiedyś wykrzyknął. To kumpel patrona tego bloga – Thora, kolejny reprezentant uniwersum Marvela – Spider-man!

Na złość mojej dziewczynie Eli (która jawnie podkochuje się w Thorze) to do Spider-mana (w którym ja skrycie się podkochuję) będzie należeć ostatnie zdanie.

Praca w zawodzie szkoleniowca psów wiązała się dla mnie od samego początku z olbrzymią odpowiedzialnością. Wcześnie zrozumiałem, że wstępna motywacja, która mną kierowała przy wyborze zawodu – ”chcę pracować z psami, bo z ludźmi nie mogę się dogadać”, będzie musiała być zastąpiona nową – ”muszę się nauczyć dogadywać z drugim człowiekiem, a jemu pomóc w dogadaniu się z samym sobą, bo inaczej on nie dogada się ze swoim psem”. Szkoląc psa klienta szkolę go poprzez jego właściciela,  a jeszcze prozaiczniej – za właściciela pośrednictwem. Dobrze by było, żeby przekaz był czysty, nieskalany ”osobistymi” naleciałościami przewodnika psa.  Ani moimi własnymi.

Dużo się mówi o dostosowywaniu podejścia do szkolonego psa, a mało o potrzebie dostosowania formy i treści do właściciela. I o tym, że na właściciela też trzeba mieć metodę. O ile chcemy robić to dobrze i nam naprawdę na tym zależy, ten zawód zmusza nas do bycia lepszymi ludźmi. Rozwija nasze skille w kontaktach międzyludzkich, wyostrza percepcję do granic możliwości, pogłębia empatię wobec drugiej osoby i jej ”czucie”. Zmusza nas do ciągłej pracy nad rozwojem osobistym. Potencjał rozwojowy tkwiący w zawodzie instruktora psów jest nieograniczony. Moim dążeniem jest by ten potencjał był w pełni wykorzystywany.

Będąc w obozie młociarzy (czyt.: trenerów szkolących z użyciem przymusu, kar, awersji, presji i jeszcze paru innych ”brzydkich” słówek) uczymy właściciela jak w humanitarny, ”ludzki” sposób wyznaczać psu granice, jak egzekwować polecenia, jak wreszcie korygować za nieposłuszeństwo i karać za niepożądane zachowanie. To w moim przekonaniu największe wyzwanie stojące przed szkoleniowcem w tej branży. I największa możliwa odpowiedzialność.

Żeby nie wyszło na koniec zbyt ponuro – dobra wieść jest taka, że będąc instruktorem szkolenia psów jesteś w pewnym sensie super-bohaterem (nie mylić z ”nad-człowiekiem” 😉 ). Twoja super-moc to umiejętność porozumienia się z psem – ISTOTĄ INNEGO GATUNKU. Czy może być coś bardziej cool? Witaj w uniwersum … Dog-wo/man!

 

Przygotowując wpis korzystałem z następujących źródeł:

1) https://psychologiawsieci.pl/eksperyment-milgrama/ 

2) ”Granica bólu. O źródłach agresji i przemocy” autor: Joachim Bauer

2 komentarze Dodaj własny

  1. sztaflik pisze:

    Pisze Pan o szkoleniowcach pozytywnych jako o „piewcach ”nurtu nagradzania zachowań pożądanych i ignorowania niepożądanych”. To manipulacja albo niewiedza. Miałam trochę do czynienia ze szkoleniowcami pozytywnymi (ja piszę bez cudzysłowu i używam tego pojęcia opisowo w odniesieniu do szkoleniowców, którzy w swojej praktyce nie stosują narzędzi awersyjnych) i z całą pewnością mogę stwierdzić, że pozytywna praca z psem nie oznacza ignorowania zachowań niepożądanych jako zasady. Nie reagować bodźcem awersyjnym a ignorować to zupełnie nie jest to samo. W pewnych szczególnych przypadkach ignorowanie może mieć sens – np. gdy niepożądane zachowanie psa ma na celu zwrócenie na siebie uwagi. Ale w innych przypadkach ignorowanie zachowań niepożądanych z pewnością nie jest strategią stosowaną przez szkoleniowców pozytywnych, którzy co nieco umieją (tylko z takimi miałam do czynienia).

    Moje osobiste doświadczenie też jest takie, że ludzie dość chętnie sięgają po środki awersyjne. I wcale nie dlatego, że są okrutnymi troglodytami. Tylko dlatego, że w myśleniu o wychowaniu nie umieją wyjść poza paradygmat kija i marchewki. Marcheweczka za dobre zachowania, kij za te złe. Ten paradygmat jest wszechobecny nie tylko w wychowywaniu psów, ale także dzieci. Jest wszechobecny, bo jest prosty. Tyle, że nie bardzo adekwatnie opisuje złożoną rzeczywistość wychowania, w którym nie tyle chodzi o nauczenie się, co wolno, a czego nie wolno, ile raczej o trening złożonych umiejętności społecznych. Jakie ma znaczenie to, że nauczymy psa, iż „nie wolno” gryźć ludzi, jeśli w pewnym momencie poczuje się on tak zagrożony bliskością człowieka, że gotów będzie walczyć o swoje życie? jakie ma znaczenie, że nauczymy dziecko, iż „nie wolno” wrzeszczeć w miejscach publicznych, jeśli to dziecko utknie w ciasnej windzie, a ma silną klaustrofobię?

    Moja przygoda z pracą z psem problemowym rozpoczęła się od kursu podstawowego posłuszeństwa w takiej dość tradycyjnej szkole operującej właśnie na zasadzie kija i marchewki. Mnie też się wówczas wydawało, że to tak musi funkcjonować. Problem jednak polegał na tym, że wszystkie te techniki, które proponowali mi trenerzy w owej szkole nie przynosiły ABSOLUTNIE ŻADNYCH EFEKTÓW w kwestii zachowań problemowych, może poza tym, że zwiększyły stres psa w sytuacjach, które i tak już były dla niego za trudne.

    Dodatkowym ułatwieniem w kwestii sięgania po metody awersyjne jest to, że niezbyt wielu ludzi, także wśród psich szkoleniowców, ma odpowiednią wiedzę i doświadczenie, by czytać psią komunikację na zaawansowanym poziomie. Przeciętny przewodnik psa nie potrafi tego niemal wcale. A psie sygnały stresu bywają subtelne i dość łatwo ich nie zauważyć. Łatwo więc nie widzieć tej strony wpływu, jaki na psa ma awersja.

    I na koniec jeszcze jeden przykład z życia wzięty. Przykład dotyczy owczarka niemieckiego po przejściach, który agresywnie rzucał się na inne psy. Pracę nad tym problemem podjęto w bardzo renomowanej szkole, pod kierunkiem doświadczonego trenera. Wybrano metodę ostrej awersji – m.in. do kolczatki podczepiono 10-metrową linkę treningową i pozwalano psu rozpędzać się w ataku na obcego psa, by potem mógł się gwałtownie zatrzymać na kolcach na końcu linki. Pełen cykl takiej „pracy” z psem zakończył się następująco: (1) zero poprawy w warunkach życia codziennego; (2) pies zaczął startować z zębami do trenera i do swojego przewodnika. Chyba trudno to uznać za sukces wybranej metody. Mimo to trener zalecił właścicielowi psa (zupełnie niedoświadczonemu) jeszcze ostrzejszą awersję, żeby „ustawić” psa (moim zdaniem, zalecanie niedoświadczonemu właścicielowi otwartej konfrontacji z psem wielkości ONa to już w zasadzie powinna być sprawa dla prokuratora). Moje pytanie brzmi następująco: w jakich warunkach taki trener będzie w stanie uznać, że wybrana przez niego metoda nie działa i trzeba poszukać czegoś innego? A może po prostu ten gość nie miał do swojej dyspozycji żadnych innych narzędzi radzenia sobie z problemem agresji. Jeśli ma się do dyspozycji wyłącznie młotek, to trochę trudno malować akwarele. Można jedynie wbijać gwoździe, nawet gdy niespecjalnie są nam one do czegokolwiek potrzebne…

    Polubienie

  2. sztaflik pisze:

    I psy nie są równiejsze, Rzeczywiste wychowanie, zarówno psów jak i ludzi, nie odbywa się w skali makro, ma poziomie społeczeństw i systemu prawno-karnego, tylko w skali mikro, w grupie rodzinnej. I takie wychowanie rządzi się innymi prawami. „Wychowywanie” w skali makro nie jest szczególnie skuteczne, bo znaczna część tych, którzy popełnili przestępstwa i trafili do więzień, ponownie popełnia przestępstwa po wyjściu na wolność. A jeśli chodzi o wychowywanie w grupie rodzinnej, to istnieje całkiem spora grupa ludzi, którzy nie kradną batoników w sklepach wcale nie z obawy przed nieuchronnością kary. I nawet nie dlatego, że w dzieciństwie ojciec ich lał za każdy ukradziony batonik. Najważniejszą częścią treningu umiejętności społecznych wcale nie jest pokazanie: to wolno, a tego nie wolno.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s