PSIESPRESSO SHOT #16 BUONT

photo-1523946695793-4997f11fb117

„Jest Pan magikiem! Mój pies przy Panu jest jak zaczarowany!”

To najgorsze co może usłyszeć instruktor szkolenia psów. Z bólem serca przyznaję, że zdarzało mi się znacznie częściej, niż bym sobie tego życzył.

Dlaczego serce łka? Bo to wyartykułowane jako komplement przekonanie ->  „Nie mam bladego pojęcia jak osiągnąć z moim psem to co Panu się udało bez najmniejszego wysiłku.”

Nie taka rola nauczyciela, żeby z tym przekonaniem zostawiać ucznia.

Moim zadaniem jest całkowite przeciwieństwo – odczarowywanie szkolenia psów.

Dziś poodprawiam egzorcyzmy nad buendami – tymi przytrafiającymi się nam jako przewodnikom i tymi zdarzającymi się naszym psim uczniom.

 Czym jest buont? W tym wpisie to nie tylko błąd w rozumieniu ograniczonym jego słownikową, dosłowną definicją, ale także wszelki kryzys, stagnacja, pomyłka, niedoróbka, fail, wtopa, porażka treningowa/zawodnicza.

Temat jest mi bardzo bliski, bo odcisnął na mnie mocne piętno. Dla mnie buont oznaczał kiedyś jedno – brak perfekcji.

Polski ”system szkolnictwa” (moja podstawówka i liceum) zabiły we mnie na długi czas wszelki zapał do nauki. Nauczyciele zohydzili mi szkołę do tego stopnia, że po zdaniu matury moją pierwszą myślą było: ”Hurra!!! Już nie będę musiał się więcej uczyć!!!” To najgorsze co może usłyszeć szkoła od swojego absolwenta.

Nie planowałem kontynuować tej gehenny na studiach, wolałem znaleźć ”jakąkolwiek” pracę, oby nie musieć już nigdy przeżywać koszmaru ze szkoły podstawowej i średniej. Doświadczenia ze szkolnych lat prześladowały mnie jeszcze długo, bo długo po zdaniu matury nie byłem w stanie wybaczyć sobie wszelkich błędów; jeśli nie robiłem czegoś idealnie, to było dla mnie beznadziejne.

Nauczyciele, których spotkałem na swojej młodzieńczej drodze nie przykładali najmniejszej wagi do motywowania uczniów, ani zwracania ich uwagi na to co robią dobrze, skille w tłumaczeniu mieli takie, że byle 2+2 wydawało się fizyką kwantową. Za to byli biegli w wytykaniu błędów, karaniu za nie, zastraszaniu, gnojeniu, ocenianiu, rozliczaniu i zanudzaniu. Postrzegałem ich raczej jako strażników więzienia, a nas uczniów jako zbrodniarzy wysłanych tam na odpokutowanie win.

To nie hiperbola, gdy stwierdzę, że byli niczym oldschoolowi szkoleniowcy psów spod znaku ”crank and yank” (to Ci, dzięki którym narzędzia i metody awersyjne w szkoleniu psów mają tak złą renomę na – niemal – całym świecie). Tak jak szkoleniowym brutalom i sadystom udało się wiele osób przekonać, że kolczatka to narzędzie tortur, tak moim nauczycielom udało się przekonać mnie i prawdopodobnie większość moich znajomych, że nauka to …też narzędzie tortur.

Perspektywa popełnienia błędu ciążyła jak wyrok śmierci, grzech śmiertelny, niezmazywalna skaza. Nauka to była ścieżka usłana pułapkami, obwarowana gigantycznym ryzykiem bycia zwiedzionym na manowce, utkana z niemożliwej do ogarnięcia ilości szczegółów. Nauczyciele przez osiem niezmiernie dla mnie uciążliwych lat edukacji bardzo starali się, żebym tą lekcję zapamiętał do końca życia.

Niemal im się udało.

Zanim poznałem swoją obecną kochankę – szkolenie psów – moją pierwszą miłością była koszykówka. Pamiętam jakie katusze przeżywałem z każdym nietrafionym rzutem osobistym, dwutaktem czy rzutem za 3 punkty. Wiele nietrafionych rzutów wracało do mnie na długo po tym, jak już dawno marzenia o zawodowej grze w koszykówkę pogrzebałem głęboko pod ziemią.

Gdy trafiłem w objęcia kolejnej boginki – szkolenia psów, niewiele się zmieniło. To nie przypadek, że już u początku mojej kariery zawodniczej przylgnął do mnie (tudzież mojego psa Gutka) przydomek Mr. Perfect. Nadal nie dawałem sobie pozwolenia na niedoskonałości. Gdy się pojawiały, ciężko było zasnąć. A jak już zasnąłem to w koszmarach przestały się pojawiać wspominki z basketu, a zaczęły te z zawodów agility lub obedience.

 Jeśli buendy powodują, że:

  • biczujesz się mentalnie,
  • rozpamiętujesz to dniami i nocami,
  • tracisz zaufanie do siebie,
  • frustrujesz się,
  • podświadomie uciekasz od ćwiczenia danego elementu,
  • ogarnia Cie paraliż i tracisz naturalność, spontaniczność, fun w treningu,
  • trzymasz się sztywnych schematów,
  • tkwisz przy ”bezpiecznych” rozwiązaniach,
  • przestajesz doceniać małe sukcesy,
  • rozważasz rzucenie tego wszystkiego w p$%#@! (pierony),

zanim zrobisz to ostatnie jeszcze chwilę się wstrzymaj. Przynajmniej doczytaj ten tekst do końca ;-).

„Jeśli chcesz przyśpieszyć rozwój – zwiększ ilość popełnianych błędów.”

 Kto te słowa wypowiedział, ani czy dokładnie tak brzmiały za cholerę nie pamiętam. Ale sens zachowałem na bank.

Trafiły we mnie w odpowiednim momencie – akurat przechodziłem jeden z najgorszych kryzysów w treningach z Bogusiem. Mijały kolejne tygodnie, a ja stałem w miejscu z niemal wszystkim czym obedience jest w stanie człowieka przygnieść ;-). Przynajmniej tak mi się wydawało.

Gdy spotkałem się z zacytowanymi słowami nagle do mnie dotarło, że nawet jeśli podejmuję non-stop błędne decyzje i błądzę w ciemności,  to i tak zbliżam się do celu. Przecież w końcu metodą eliminacji dojdę do tego co ma szansę zadziałać. Przecież na każdy jeden dotychczasowy udany start w zawodach przypadło milion błędów w treningu.

Zaraz też sobie przypomniałem, że już był kiedyś taki Tomasz co podobne tortury przeżywał i pozostały po nim nie tylko cudowne wynalazki, ale i mądre słowa:

 „Nie poniosłem porażki. Po prostu odkryłem 10.000 błędnych rozwiązań.”

„Nigdy się nie zniechęcam, ponieważ każde odrzucenie niewłaściwej próby stanowi kolejny krok naprzód.”

„Bezradność i niezadowolenie to pierwsze warunki postępu.”

Dzięki Edisonowi zapaliła mi się żarówka w głowie.

Może za bardzo jestem skupiony na celu, zbyt nastawiony na rezultat?

A jeszcze inaczej: Może zgubiłem radość z eksplorowania, przestał mnie bawić sam proces – rozumiany jako droga do celu?

Ech, zabolało, bo odpowiedzią było TAK.

Kryzysy w życiu prywatnym zawsze zmuszały mnie do zadawania sobie „trudnych” pytań i do wprowadzania zmian.

Czasem bardzo drastycznych i bolesnych, wymagających kompletnego przemeblowania przestrzeni życiowej, a czasem tylko symbolicznych i szczypiących, wymagających lekkiego wychylenia głowy z ciepłego gniazdka strefy komfortu. Ale zawsze absolutnie koniecznych, bo wzbogacających moje życie. Te najbardziej bolesne były ZAWSZE najbardziej rozwijające. Dwukrotne dojście na skraj bankructwa, rozstania z  partnerkami, uzależnienie od alkoholu, problemy z prawem – przedziwnym zbiegiem okoliczności najgorszy syf zawsze dawał mi impuls do tego, żeby za radą (ale już bez udziału) Jasia Wędrowniczka iść dalej, i z czasem okazywał się być czymś, co mi było najbardziej potrzebne.

Oliwia Nowacka, brązowa medalistka igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro w pięcioboju:

”(…) ostatecznie chwila, która wydawała mi się najgorsza w życiu, okazała się elementem potrzebnym, by odnieść sukces. Moja kontuzja przed igrzyskami była najlepszym rozwiązaniem, bo dzięki niej poznałam ludzi, którzy pomogli mi zdobyć medal. Bez nich nie byłabym w stanie tego zrobić, nawet gdybym była w znakomitej formie. Jestem za to wdzięczna. Trzeba przejść przez wiele przeciwności, by później móc cieszyć się z tego, co nas spotyka.”

 Czemu do kryzysów ”zawodowych” miałbym podchodzić inaczej niż do tych ”życiowych”?

Dzięki Loli poznałem JEDNĄ metodę na obediencowe wysyłanie do kwadratu. Wsadzasz target do kwadratu, czasem tam jest, czasem go nie ma, w końcu usuwasz go całkowicie i zrobione. Fajnie Lola, że jesteś prymusem, ale ja szkoleniowym geniuszem dzięki Tobie nie zostanę ;-).

Dzięki Bogusiowi przetestowałem MILION sposobów na kwadrat – to milion pomysłów, które moją owieczkę w wilczej skórze nie przekonały. To milion rzeczy, z których część była kompletnie z dupy i się nie sprawdziła. Milion okazji, żeby sobie uświadomić, że praktyka i doświadczenie wszystko weryfikują. W teorii projekty wyglądały jak dama z łasiczką. A w praktyce wychodziło piekło muzykantów.  Fajnie Bogusiu, że border collie jesteś tylko z nazwy, bo ja szkoleniowym geniuszem dzięki Tobie zostanę na stówę ;-).

Ten milion kwadratowych patentów – nawet jeśli w przypadku Bogusia nie przynoszących pożądanych rezultatów – to także odkrycie sporej ilości nowych  niuansów dotyczących tego ćwiczenia, które mogą się przydać przy innym psie. Trenując z moimi psami nie zapominam, że jestem nie tylko zawodnikiem, ale przede wszystkim trenerem. Odkrywam z moimi psami-testerami co działa, a co nie. I wcale nie zawsze to co u mnie działa, działa i u klienta – np. trzymanie aportu z moimi psami zrobiłem tylko i wyłącznie poprzez kształtowanie, a powielenie tego z ogromną ilością psów klientów idzie jak krew z nosa. I vice-versa -> niejeden patent z kwadratem, który nie sprawdził się z moim Bogusiem, sprawdza się u większości psów moich uczniów…

Bezradność i niezadowolenie o których wspominał mój imiennik to mama i tata frustracji. A frustracja to przepotężna siła! To energia – wykorzystujemy ją w sporcie z psem budując drive do pracy. Warto z niej skorzystać w konstruktywny sposób także w odniesieniu do swojej aktywności.

Dzięki frustracji, poczuciu bezsilności i nastawieniu pt.  „jeśli już gorzej być nie może to chyba może być tylko lepiej” narodziły się u mnie freakstylowe sesje treningowe, od długiego czasu stały element moich planów treningowych.  (Tu znajdziecie króciutki wpis na blogu dotyczący takiej sesji sprzed 2 lat, oraz zapis wideo paru elementów, które wtedy przepracowywałem:

https://tomekjakubowski.pl/2016/07/06/obedience-freakstyle-session-27-06-2016/)

To w trakcie tych sesji wpadam na wiele pomysłów, do których dostęp miałem zablokowany na ”oficjalnych”, szablonowych, rutynowych, skażonych dążeniem do rezultatu treningach. Obecnie nawet te oficjalne treningi dzięki freakstylowym sesjom przypominają kombinację placu zabaw radosnego dzieciaka z laboratorium szalonego naukowca.

Obojętnie czy zakończona ”sukcesem”, czy ”porażką”, każda chwila z psem na treningu to dla mnie szansa na rozwój. Dając sobie pozwolenie na buendne decyzje i działania ze swojej strony i buendne wykonania ze strony psa daję nam obu pozwolenie na progres. O ile jestem nastawiony na naukę, i pielęgnuję w sobie umysł wiecznego ucznia, to każda byle duperela to potencjał na dotyczące danego ćwiczenia nowe wrażenia, wskazówki, wiedzę i doświadczenia. Jeśli coś mi się nie podoba w tym co robię ze swoim psem to dla mnie przede wszystkim bardzo cenna informacja, a nie powód do żałoby. Ta informacja jest dla mnie motorem do zmian.

Zabrzmi to okrutnie, ale kilkukrotne kontuzje i urazy moich psów doprowadzając do przestojów treningowych, radykalnych modyfikacji w treningach, a niejednokrotnie kompletnego przekwalifikowania zawodowego (agility->obedience->posłuszeństwo->nose work i różne tego mixy), paradogsalnie okazały się dla mnie darem.

Dały mi możliwość spojrzenia z lotu ptaka na to czym, i jak, się zajmuję. Spowolniły moją pogoń do celu, a w trybie slow-motion mogłem po prostu popatrzeć na siebie klatka po klatce. Pojawiła się przestrzeń na istotne pytania. Co czuję trenując z psem? Z jakim nastawieniem idę na trening? W jakim humorze go kończę? Czy nadal lubię to robić?

Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta:

”(…)gdy zwalniamy, to jak to się mówi, dusza nas dogania. A jak nas dusza dogoni, to ma dla nas często trudne do przyjęcia przekazy. Na przykład, że zapomnieliśmy o ważnych sprawach, o naszych wartościach, że zaniedbaliśmy aspekty naszego życia, nasze cele i aspiracje – i bez sensu gonimy w kółko, jak chomik w kołowrotku.”

Paradogsem było to, że dzięki okresom stagnacji, kryzysom, a tym samym przymusowej separacji z rywalizacją na zawodach zyskałem coś znacznie cenniejszego – wyostrzyłem uważność na to co robię, umiejętność świadomej obserwacji i ”analizy” siebie wykonującego podświadome (bo już zapisane w pamięci mięśniowej i intuicyjne) działania. Do maszyny wstąpił duch. Pewnie prościej byłoby napisać, że po prostu zacząłem być OBECNY.

Przestojom treningowym zawdzięczam to, że buendy stały się moim podstawowym narzędziem pracy. Zmuszają mnie do zadawania sobie pytań. Jeśli nie zadam pytania, nie uzyskam odpowiedzi. Przy czym pytania nie ograniczają się do tych szkoleniowych, technicznych, metodologicznych. Każdy z miliona buendów, które popełniałem z Bogusiem przy tym przeklętym kwadracie był jak pytanie o moje zasoby pokory, cierpliwości, wytrwałości, wiary w siebie, kreatywnego potencjału, umiejętności analitycznego myślenia, otwartości na wprowadzanie zmian i zdolności spontanicznego reagowania. Naprawdę nie przesadzam, gdy opowiadając komukolwiek o Bogusiu mówię, że dzięki temu psu stałem się nie tylko lepszym szkoleniowcem, ale i „lepszym” człowiekiem.

 „Prawdziwe zrozumienie wyłania się z chaosu” .

 Jedni z najlepszych trenerów jakich znam nie tylko nie unikają błędów – oni je prowokują!

Silvia Trkman, wielokrotna mistrzyni świata agility i autorka powyższego cudzysłowu, ćwiczy wbrew zaleceniom purystów w jednej sesji kilka różnych sztuczek, nie przejmując się zbytnio, że pies eksperymentując (a w eksperymenty wliczone są nieudane próby) gubi się, miota, a nierzadko frustruje. Ucząc psy czym jest ciasny skręt na skrzydle od hopki od samego początku trenuje w pobliżu tuneli (agilitowych rozproszeń numero uno), licząc się z tym, że pies może się nabrać. A w zasadzie – licząc … właśnie na to! Że pies się dowie co nie działa! W szaleństwie Silvii niewątpliwie jest metoda, a dowodem na to są jej osiągnięcia.

Susan Garrett, kolejna agilitowa guru, także upewnia się, że w procesie szkolenia jej psy dowiedzą się nie tylko co się opłaca robić, ale też czego nie warto powielać. „It’s this, not that” – powtarza jak mantrę, gdy cyzelując kolejny element prezentuje psu łamigłówkę, która wydaje się wymagać ”nadpsich” umiejętności dedukcji i percepcji. I kiedy już nam się wydaje, że pies utknie na ”not that”, jedno ”it’s this” u psa uodpornionego na popełnianie błędów prowadzi do szalenie szybkiego zrozumienia idei ćwiczenia. Pies, który nie boi się próbować, i którego niepowodzenia motywują do cięższej pracy (jak to uzyskać to osobna kwestia) jest w stanie tak ”głęboko” pojąć sedno ćwiczenia, że wydaje się, że niektórzy instruktorzy to prawdziwi czarodzieje!

Nie tylko agilitowcy lubują się w błędach! Christa Enqvist, Silvia Cacciatore czy Maria Brandel – jedne z najbardziej rozchwytywanych instruktorek obedience na świecie – overtraining (utrudnianie ćwiczeń poprzez wprowadzanie – nieraz ekstremalnych – rozproszeń) traktują jako nieodzowny element procesu szkolenia. Umożliwia im to znalezienie niedociągnięć w treningu, luk w elementach ćwiczeń, braków w zrozumieniu zadań. Jak to może wyglądać w praktyce? Poniżej filmik z krótkiej sesji z Lolą, którą nagrałem na potrzeby wpisu. Zamieściłem tam wszystkie powtórzenia przedstawionego ćwiczenia, także te błędne. Możecie zobaczyć jak pies nauczony, że błąd to nie koniec świata potrafi aktywnie (będąc w działaniu) pomyśleć przy kolejnej próbie:

 

Powołuję się tylko na agilitowców i obediencowców, ale żeby nie było, że szowinistycznie kiszę się w sosie własnych upodobań, to na swoją obronę dodam, że bożyszcze IPOwcow (i moje też!) – Bart Bellon, przyznał, że najbardziej utalentowani i nowatorscy współcześni trenerzy wywodzą się z bliskich mi środowisk. Żeby apologeci IPO jeszcze łaskawiej na mój wpis spojrzeli -> zachęcam do obejrzenia filmiku Barta na którym pokazuje wycinek swojej pracy z psem, który wie czym jest błąd (na filmiku popełnia kilka). I m.in. dzięki temu, że wie co nie działa, pracując w bardzo wysokim pobudzeniu wykazuje się ogromną precyzją wykonania bez najmniejszych kosztów w widowiskowości, szybkości i wyrazie  (film odpalcie na YT -> właściciel zablokował możliwość oglądania na innych stronach – https://youtu.be/uCjz7ZHPPIA ) :

 

Kiedy ja i mój pies popełniamy błąd to dostajemy informację -> ”nie wiem”.

 Nie wiem jak to wytłumaczyć, nie wiem jak to zrobić, nie wiem co się dzieje. To ”nie wiem” może paraliżować, wywoływać lęk, kompleksy, nadwyrężyć poczucie własnej wartości. Oczywiście zakładając, że jesteśmy ze sobą szczerzy i w ogóle do ”nie wiem” przed sobą się przyznamy. Jak Ty reagujesz na ”nie wiem”?

”Nie wiem” jest bardzo istotne – to perspektywa na rozwój.

Lepiej niż jeden z moich NAUCZYCIELI (ten prawdziwy, z kwalifikacjami 😉 ) tego nie wytłumaczę:

Sadhguru:

” ”Nie wiem” to jest olbrzymi potencjał. Jeśli niszczysz, wyrzekasz się ”nie wiem”, niszczysz tym samym wszelkie możliwości poznania. Niszczysz pragnienie poznania.” 

 oraz

 ”Kiedy zdasz sobie sprawę, że nie wiesz – wtedy zaczniesz szukać.”

Buendy są nieuniknioną częścią procesu uczenia. Nie potrafię sobie przypomnieć ani jednej rzeczy, której bym nauczył moje psy bez uprzedniego faila. Mając za cel przede wszystkim ciągły rozwój – pozwalam sobie i swoim psom na wtopy.

 Szkolę psy od 14 lat i wciąż popełniam błędy. Nieraz tak głupie i amatorskie, że rozglądam się przez ramię czy jakiś hejter tego nie nagrał i nie wrzuci w media społecznościowe ;-).

Najgorszym błędem jest unikanie błędów. Zaraz po nim w kolejce stoi błędów powielanie. Większość moich blogów, już na 5 minut po publikacji, przestaje mi się podobać. Zmieniłbym w nich milion rzeczy (nie tych merytorycznych dotyczących szkolenia, bez obaw ;-). Tylko wtedy nie wyszedłbym poza jeden blog. Do tej pory cyzelowałbym „Dominację”. O „Coolczatce” byście poczytali za rok. Wyobrażacie sobie to? 😉 Dla wielu moich klientów rok więcej życia w ciemności. Więc czy niedoskonałość „Dominacji”, a teraz pełnego buendów, niedociągnięć, skrótów myślowych, nadmiernej ilości ”barwników”, mojego ego i stylistycznych zgrzytów Psiespresso #16 nie wyjdzie nam wszystkim na dobre? 😉