PSIESPRESSO SHOT #18 SAMOPSIA

tyler-nix-457491-unsplash-2

Nie potrzebujesz nauczyciela. Potrzebujesz doświadczenia.

Czy właśnie strzelam sobie w stopę?

Trochę w tym oczywiście przekory. Nie zrozum mnie źle – bez nauczycieli zupełnie obyć się nie sposób. Po co wyważać otwarte drzwi?  Czerpiąc z nauk i doświadczenia innych możemy znacznie szybciej poruszać się do przodu.

Miałem olbrzymie szczęście, że w czasach, gdy zaczynałem stawiać pierwsze kroki w szkoleniu psów trafiłem na instruktorów, dzięki którym uniknąłem bezcelowego błądzenia, i popełniania błędów, których odkręcanie mogłoby zająć kupę czasu. Przy całym moim zamiłowaniu do błędów, pracując na „żywym materiale” chcielibyśmy uniknąć tych najgłupszych, najbardziej szkodliwych.

Niemniej jest ukryta olbrzymia wartość w samodzielnym dochodzeniu do „już odkrytych odkryć”. Nabieramy zaufania do siebie, wiary w swoje umiejętności i własną intuicję. Możemy jeszcze głębiej zrozumieć mechanizmy kryjące się za stojącymi przed nami wyzwaniami, niż gdy bezkrytycznie łykamy jak pelikan to co nam podają na tacy. To oczywiście, przy założeniu, że nam „wychodzi”.

A co jeśli nie wychodzi? W „najgorszym” wypadku – o ile nie mamy do czynienia z poważnymi problemami behawioralnymi, które są ewidentnie ponad nasze siły i kompetencje (zdecydowanie szukaj wtedy Nauczyciela!) – zyskujemy coś równie cennego -> dostęp do ukrytych w nas zasobów kreatywności. A kreatywność jest jak mięsień – gdy ją ćwiczysz regularnie, rośnie …

Jeśli potrzeba jest matką wynalazków, to konieczność jest ojcem samodzielności. Tę często równie ciężko nam wygrzebać z naszych głębi co tkwiące tam pokłady pomysłowości. Zwłaszcza, gdy nasi nauczyciele tej samodzielności w nas nie pielęgnują i do niej nie zachęcają. Tutaj mi szczęścia trochę zabrakło, więc samodzielny stałem się z konieczności.

I było to najlepsze co mogło mi się przytrafić. Ostatecznie, w moim przekonaniu, najlepszym Nauczycielem jest własne, osobiste doświadczenie. Zwłaszcza, jak starałem się pokazać w „Buendzie”, doświadczenie pełne błędów i porażek. Moją metodę szkolenia chętnie nazywam metodą „prób i błędów”. Do prób i błędów zawsze bardzo namawiam moich uczniów.  Dzięki własnym doświadczeniom dowiadują się nie tylko o zgłębianym przez nich temacie, ale poznają samych siebie (zarówno swoje ograniczenia jak i możliwości) w stopniu w jakim mogliby nigdy nie poznać, gdyby dostali gotową instrukcję jak przejść z punktu A do B i dalej.

Zerknij na poniższy obrazek pt. „Droga do sukcesu” (na górze „Twój plan”, na dole „Rzeczywistość”):

droga_do_sukcesu_2017-07-01_13-44-01

Strasznie nudną wycieczkę miał ten rowerzysta na górze, prawda? Jak mało dowiedział się o prawdziwym życiu.

Gdybym miał dać jedną radę szkoleniową i zamknąć w niej to co wg mnie najistotniejsze to -> rzetelna orka na ugorze. Zbieranie doświadczeń. Bo doświadczenie to jedyna rzecz, której nie da się skopiować. Dlatego pewnie tak ogromne wrażenie zrobiła na mnie Silvia Ciacciatore, która jak nikt inny potrafiła uczestnikom organizowanych przeze mnie warsztatów wykazać, że sama znajomość technik jest bezużyteczna, jeśli nie stoi za nimi doświadczenie i wynikająca z niego umiejętność zastosowania ich względem określonego psa. Pies na piedestale. Techniki u jego stóp.

Kiedy w 2004 roku zaczynałem szkolić swojego pierwszego psa, nie było jeszcze You Tube’a, Facebook’a i innych Instagramów ;-). Wygrywała uczciwa praca, i dostęp do tych ochłapów, które ktoś przywiózł z zagranicznych wyjazdów, lub którymi podzielił się szkoleniowiec zaproszony do Polski na seminarium (kto pamięta czasy, kiedy obediencowcy jeździli na IPO’wskie seminaria z posłuszeństwa, żeby wyszarpnąć COKOLWIEK nowego?). Teraz, w dobie mediów społecznościowych, można utonąć w dostępnej wiedzy szkoleniowej. W zasadzie w każdej dyscyplinie możesz wyszkolić psa bazując na wiedzy z kursów on-line, konsultacjach przez Skype’a, lub darmowych filmikach instruktażowych na You Tube lub profilach FB.

Początkujący przewodnicy psów gubią się w tym edukacyjnym dobrobycie, nie wiedzą od której strony się za to zabrać, paraliżuje ich przesyt informacyjny i w rezultacie nie robią z psem nic, w obawie, że popsują, lub idą w drugie ekstremum – próbują wszystkiego po trochu. I tu właściwą rolę nauczyciela widzę z jednej strony jako „sitka”, które na powierzchni zostawi tylko to co istotne (a woda niech się leje sama ;-), ale jednocześnie da uczniowi wolność w testowaniu różnych narzędzi i podejść, uwrażliwiając go na to, że ostateczną odpowiedź na to czy „to działa” uzyska od własnego psa. Doświadczeń, w odróżnieniu od technik szkoleniowych, nie da się przekazać. Ale można starać się zachęcać do ich gromadzenia.

Natknąłem się kiedyś na wywiad z Torre Washington’em, kulturystą weganinem, który zapytany o dietę jaką zaleca swoim klientom odpowiedział: „U swoich uczniów propaguję prostotę rozwiązań. Sprawdź co działa w Twoim przypadku. Nie chcę kształcić wyznawców, chcę kształcić liderów.” Zwrócił moją uwagę, bo jego podejście jest mi bardzo bliskie. Ostatnia rzecz jakiej pragnąłem szkoląc się pod okiem innych instruktorów – to być ich kopiami. Tego samego nie chcę dla moich uczniów.

Parafrazując Torre – nie chcę kształcić uczniów, chcę kształcić nauczycieli. Bo jeśli jesteś moim uczniem, jesteś też nauczycielem. Nauczycielem dla swojego psa.