PSIESPRESSO SHOT #19 CRUELCZATKA

photo-1512568400610-62da28bc8a13

„Nosi kolczatkę, bo taki niegrzeczny?”

Takimi słowy zagaiła mnie kiedyś Pani w metrze, gdy akurat jechałem na trening z psem.

„Taki grzeczny, bo nosi kolczatkę” – brzmiała moja odpowiedź.

Uprzedzę wszelkie wątpliwości. Po zdjęciu kolczatki pies też był grzeczny. To był w  końcu pies przewodnik osoby niewidomej. Powinien być grzeczny, bez względu na to co ma na szyi.

Przywołałem sytuację, bo obrazuje to jak kolczatkę postrzega większość społeczeństwa. Na kolczatkę zasłużyły sobie niegrzeczne, nieposłuszne, krnąbrne, agresywne buraki. Kolczatka to taka ostateczność. Jak już nic innego nie działa to pozostała już chyba tylko kolczatka. No i kolczatka to dowód indolencji, lenistwa, zacofania i braku empatii właściciela/szkoleniowca psa.

To, że są instruktorzy, którzy nie używają kolczatki wyłącznie jako narzędzia do karcenia zachowań psa, ale przede wszystkim bardzo efektywnego narzędzia wspomagającego komunikację i proces szkolenia, nie mieści się w głowie przeciętnego posiadacza psa. Czemu się dziwić, skoro nie ma też miejsca w głowach na inne spojrzenie na kolczatkę u wielu psich szkoleniowców (zarówno tych „pozytywnych”, jak i „negatywnych”).

Mój wpis na blogu o kolczatce (Psiespresso shot #2 Coolczatka), a także krótki klip na Instagramie (i FB) obrazujący wycinek pracy ze szczeniakiem ubranym w kolczatkę (używanej nie jako źródło kary, tylko źródło informacji) spotkały się z zaskakującym dla mnie, pozytywnym odbiorem. Co nie znaczy, że w postach pod linkiem do wpisu na fb, prywatnych wiadomościach czy rozmowach na żywo nie natknąłem się na pewne „tradycyjne” argumenty przemawiające przeciw upowszechnianiu tego narzędzia.

Lepsze obłudne niż zbyt trudne?

Jedną z częściej wyrażanych obaw było to, że ponieważ stosowanie kolczatki (i wszelkich innych narzędzi awersyjnych) wymaga dużego wyczucia i empatii wobec zwierzęcia, techniki, wprawy i praktyki, mało jest osób wśród potencjalnej klienteli, które będą w stanie spełnić te kryteria. Istnieje więc obawa, że odbędzie się to ze szkodą dla psa. Ja sam przyznałem, że używając kolczatek od 14 lat cały czas odkrywam jak to robić jeszcze efektywniej i „po ludzku”.

Po pierwsze, po to zjadłem sobie zęby na kolczatce, żeby moi klienci mogli nie popełniać błędów, które mi się zdarzało popełniać, i żeby im ogarnięcie tematu zajęło znacznie mniej czasu niż mnie.

Od ponad miesiąca trenuję kalistenikę. Na drążkach można zrobić sobie naprawdę bardzo poważną krzywdę, jeśli się nie wie „co i po co? oraz – jak i dlaczego tak?”. Ale jak ma się instruktora, który z drążkami ma do czynienia od ponad dekady, i który nami pokieruje, to można tej krzywdy się ustrzec…

Z braku nauczycieli od których mógłbym (a przede wszystkim chciał) uczyć się stosowania kolczatki „z ludzką twarzą”, nie szedłem na skróty, ale stopniowo zgłębiałem temat odkrywając na swoich własnych psach, oraz psach znajomych, przyjaciół, i wreszcie klientów, niuanse związane z zastosowaniem tego narzędzia. Siłą rzeczy wkraczając na terra incognita od błądzenia ciężko się ustrzec. Nie mam problemu z tym żeby przyznać, że były momenty kiedy nadużywałem tego narzędzia, popełniałem błędy, których żałuję, wracałem z treningu ze zgagą w gębie. Jednak nigdy mi nie przeszło przez myśl, że narzędzie jest felerne. To ja i moje umiejętności byliśmy słabym ogniwem. To swoje kompetencje (techniczne i „mentalne”) kwestionowałem, a nie zasadność stosowania narzędzia. Zbyt wiele korzystnych efektów używania kolczatki mogłem doświadczyć, żeby wyrzucić ją na śmietnik. Wiedziałem, że nie narzędzie wymaga zmiany, tylko ja… To nie kolczatka może wyrządzić krzywdę, tylko człowiek trzymający smycz do niej podpiętą.

Po drugie, to, że coś nie jest łatwe do opanowania (nie jest też nadmiernie trudne) nie oznacza dla mnie, że należy z tego zrezygnować. Paradogsalnie bywa i tak, że w pracy z klientami nauka poprawnego nagradzania wydaje mi się znacznie trudniejsza. Ale nawet przez myśl mi nie przeszło żeby z nagradzania rezygnować…

Nawet gdyby tak było, że niewiele osób byłoby w stanie ogarnąć obsługę kolczatki, nie jest to dla mnie zielonym światłem do szerzenia kłamstw (a to nagminna praktyka w środowisku „pozytywnych ideologów”). Nie mógłbym sobie spojrzeć w oczy wmawiając ludziom coś w co sam nie wierzę. Owszem, kolczatka wymaga rzetelnej praktyki, aby wyrobić sobie technikę, właściwe odruchy, timing etc (chociaż wielu ignorantów neguje i to, obśmiewając próby edukowania właścicieli co do niuansów w sposobie jej użycia, sprowadzając ją do roli maczety, co ma za zadanie tylko i wyłącznie ścinać łeb). Ale to nie powód, żeby zamieść sprawę pod dywan i udawać przed klientem, że temat nie istnieje.

Oczywiście, niewłaściwe nagradzanie wiążę się z mniejszym ryzykiem niż niewłaściwe stosowanie awersji, i stąd kontrargument opozycji.

A więc po trzecie – to że coś jest potencjalnie szkodliwe nie czyni tego złem absolutnym. Gdybym nie ryzykował, to bym nigdy kawy nie pił, bo jak się przesadzi można dostać zawału. Właściwie aplikowana, czyni cuda. A troszkę bardziej serio -> stwierdzenie, że kolczatka jest niebezpieczna to fałsz. Prawdą jest, że niewłaściwie stosowana kolczatka może (ale też nie musi!) być niebezpieczna. Niestety nazbyt często w realu i w internetowej „rzeczywistości” mamy do czynienia głównie z fałszem. Głos szkoleniowców, którzy nigdy nie używali tego narzędzia, lub używali w niewłaściwy sposób i wyciągnęli błędne wnioski jest najbardziej słyszalny. Nauka jak właściwie obchodzić się z tym narzędziem jest najwidoczniej dla wielu szkoleniowców tak uciążliwa, że bardziej kuszące jest rozpowszechnianie bredni i dezinformowanie właścicieli psów.

A nóż, widelec?

Kolejna obawa przeciwników kolczatek jest związana z ryzykiem, że klient będzie nadużywał jej, wymierzał razy bez opamiętania i z byle powodu. Do inklinacji (tudzież jej braku 😉 swoich klientów w tym zakresie odniosłem się w Psiespresso shot #10 auTHORytet. Abstrahując od tego – taka rola instruktora, żeby uczył klienta jak nadużyć unikać. Rezygnowanie z bardzo efektywnego narzędzia szkoleniowego, nawet jeśli jego użycie wymaga wprawy i wyczucia, jest tak samo rozsądne (inaczej mówiąc głupie) jak rezygnowanie z noża w kuchni, bo można się nim skaleczyć.

„Pieniądze nie zmieniają ludzi, one tylko odsłaniają ich prawdziwą naturę.”

Zamieńmy w cytacie Henry Ford’a słowo pieniądze na kolczatka, a sens zostanie zachowany. Kolczatka nie zmieni łagodnego człowieka w impulsywnego troglodytę. Szumowina samą swoją obecnością zamęczy psa, nie potrzebuje do tego ŻADNYCH narzędzi.

Zakazując stosowania kolczatek w imię pozbawienia „potencjalnego” sadysty środka do znęcania się nad psem przegrywamy podwójnie. Sadysta znęcać się będzie i z pomocą różowej, aksamitnej wstążeczki. A świadomy, wrażliwy użytkownik utraci dostęp do szalenie skutecznego i pożytecznego narzędzie szkoleniowego.

Wyznawcy (dwuznaczność zamierzona) „pozytywnego” (pisane znowu w cudzysłowie, bo takowe nie istnieje, ale o tym za chwilę) szkolenia jako powód odrzucenia kolczatki podają wartości, którym hołdują, a które (rzekomo) stoją w sprzeczności ze stosowaniem awersji.

Szacunek dla czujących istot, empatia, dawanie wolności wyboru, zrozumienie dla potrzeb psa i jego emocji -> to standardowe wartości/podejścia, które charakteryzują „pozytywistów”, a których (rzekomo) pozbawieni są szkoleniowcy „awersyjni” (tego określenia też nie akceptuję – jeśli ktoś szkoli wyłącznie/głównie z pomocą kar to nie zasługuje na miano szkoleniowca).

Założenie jest takie, że skoro stosuję kolczatkę to jestem wyzuty z uczuć, wrażliwości i mam w dupie potrzeby zwierzęcia. To efekt fantazji na temat tego jak szkolę psy. Zrozumiałe, że jeśli ktoś widział kolczatkę tylko w rękach brutalnych debili to pewnie ciężko mu uwierzyć, że ktoś czuły i delikatny także może jej używać. To co mnie jednak zadziwia, to że tak mało osób (dokładnie trzy) po moich postach na fb/wpisach na blogu w których piszę o moich spojrzeniu na kolczatkę/awersję/kary w procesie szkolenia, zdecydowało się przyjść popatrzeć jak prowadzę zajęcia z użyciem tych środków lub dociekało szczegółów wymieniając ze mną maile/wiadomości, zamiast odruchowo negować to co napisałem (paru też próbowało ośmieszać, deptać, opluwać, powtarzać standardowe farmazony o awersji -> od takich rzeczy siebie i zainteresowanych tym co piszę chronię, więc większość tych komentarzy wylądowała na śmietniku). W swoich fantazjach widzisz to co Ci wyobraźnia (i emocje) podpowiada. A w realu możesz się przekonać, że szanuję zwierzęta, z którymi ćwiczę (i tego samego oczekuję od nich), mam bardzo rozwiniętą empatię (pokusiłbym się o nazwanie jej „kobiecą” :-), daję psom ogromną swobodę w podejmowaniu decyzji (co nie oznacza, że nie wyrażam sprzeciwu, gdy te decyzje są szkodliwe dla otoczenia i samego psa) i przykładam ogromną wagę do zrozumienia emocji i zadbania o potrzeby czworonoga (pamiętając także o emocjach i potrzebach właściciela). No i jestem niezwykle skromny ;-).

I bynajmniej nie jestem rodzynkiem na rynku szkoleniowców, którzy kolczatki stosują, i tym samym wartościom hołdują. Są tylko może trochę skromniejsi ode mnie i o tym nie piszą 😉

Bezradność? Wykluczona!

Tak więc nie musisz mi wierzyć na słowo. Możesz wpaść na mój trening. Możesz popatrzeć np. na moją pracę z którymkolwiek z moich 5 psów – każdy z nich był szkolony z użyciem przymusu, każdy wie co to kara. Z latarką szukać bardziej zmotywowanych stworzeń do pracy, bardziej entuzjastycznie podchodzących do WSZELKIEJ aktywności z właścicielem. Nie muszę moich psów prosić o cokolwiek. To one mnie błagają o możliwość współpracy. I nie – nie robią tego z podkulonym ogonem, nie czołgają się przede mną, nie sikają pod siebie, nie odwracają wzroku na mój widok. Błagają mnie o kontakt i pracę ze mną, bo to kochają. I nie – nie robią tego, bo to border collie, psy pracujące, więc zrobią wszystko nawet „za kopa”. Mam też whippetkę i dwa kundle. Tak, delikatna Kiwi też zna przymus. I mimo wszystko mi ufa i nie trzęsie się na mój widok… A nie sorry, kłamię. Trzęsie się z radości i ekscytacji, kiedy nie może się doczekać kolejnej sesji treningowej ze mną ;-).

Przyjdź i popatrz (możesz też obejrzeć naszą pracę na filmikach na moim kanale YT). Po treningu poproszę Cię żebyś mi spojrzał w oczy i powiedział, że moje psy są zgaszone, że „robią, bo muszą”, że mamy słabą relację. Że jak je koryguję, to wpędzam je w wyuczoną bezradność, bo nie wiedzą jak mogą korekty uniknąć, i nie niesie ona informacji co powinny zrobić. Poproszę Cię żebyś powtórzył w odniesieniu do mojej pracy te wszystkie wyświechtane bzdury apropos „trójcy diabelskiej” (awersja, przymus, kary) bezmyślnie powtarzane na lewo i prawo.

Jeśli trening jest dla Ciebie zbyt „sztuczną” sytuacją, możesz też po prostu pójść z nami na spacer i przekonać się, że moje czworonogi potrafią być „po prostu psami” -> poobserwujesz ich kompetencje społeczne, wybory które podejmują, jak potrafią szukać u nas wsparcia z własnej woli w sytuacjach konfliktowych, a także ocenisz jak dobrze je znamy, rozumiemy i jak bardzo indywidualnie do każdego z nich podchodzimy. Chciałbym wierzyć, że mam niewyobrażalny talent i to tylko i wyłącznie jego zasługa, że moje osiągnięcia stojąc w opozycji do wyników badań amerykańskich naukowców (dotyczących negatywnych efektów karania w procesie nauki) bronią się znakomicie. Prawda jest taka, że badania naukowców są interpretowane pod potrzeby ideologii. Ideologii, która z prawdą, rzeczywistością, życiem ma niewiele wspólnego. Czego dowodem jest to co widzę na co dzień szkoląc psy.

(Swoją drogą czy nie zastanawiało Was nigdy co Ci okrutni naukowcy wyczyniają z tymi biednymi pieskami w laboratoriach, że wpędzają je w takie stany z których ciężko je odzyskać? Jeśli ich badania są dowodem na cokolwiek to przede wszystkim na to, że naukowcy nie mają wyczucia do zwierząt i są bardzo słabymi szkoleniowcami…)

Za karę – agresja?

Dwa z moich psów przeczą następnemu standardowemu straszakowi – „Karanie za agresję może zwiększyć agresję!”. Mało kto zwraca uwagę na to, że „może” … ale nie musi…

Większość moich znajomych zna Gutka i Lolę z zawodów, w wersji już „zrobionej”. Mało kto wie, że nie od sportu z nimi zaczynałem, a od zmagań z ich agresją wobec innych czworonożnych. Wbrew obiegowym-naukowym badaniom, które straszą konsekwencjami kar, awersyjne środki zastosowane względem moich psów w sytuacjach, gdy pojawiały się problemowe zachowania, spowodowały kompletny zanik (Gutek) lub conajmniej znaczącą redukcję (Lola) owych… Co ja źle zrobiłem ?!?! 😉

Uprzedzając domysły, że nie zmieniłem ich emocji, a tylko zablokowałem przejaw -> Gutek z psa, który miał nigdy nie dogadywać się nawet z suczkami (opinia jednego z trenerów), stał się psem, który bawił się nawet z natarczywymi samcami (a z suczkami przede wszystkim ;-), a Krwawa Lola potrafi asertywnie, ale bez rozlewu krwi postawić granice nawet kompletnie niewychowanym burakom podbiegającym z rozwrzeszczanymi japami i próbującymi ją nastraszyć (80% psów jakie na co dzień spotykamy na spacerach), a kiedyś sama była burakiem, który nie tracił czasu na słowa, a od razu przechodził do czynów…

Oczywiście to nie tak, że karanie było jedynym elementem układanki. Spacery socjalizacyjne, grupowe zajęcia agility, konsekwentne wyłapywanie pożądanych reakcji i budowanie nowych skojarzeń w kontaktach z psami na co dzień były również niezwykle cenne. Niemniej to dzięki karaniu niepożądanych zachowań pojawiła się przestrzeń na nagradzanie pożądanych, po które moje psy zaczęły sięgać, pomimo, że zostały „sztucznie” przeze mnie wywołane. Znowu paradogs – korygowanie otworzyło drogę do nagradzania…

Pozytywny kat?

Znowu zabłysnę skromnością. O budowaniu motywacji i zaangażowania do pracy u psów wiem sporo, stoją za mną osiągnięcia na blisko 100 zawodach w dwóch dyscyplinach (no dobra, był też epizod z dogfrisbee, który mi uświadomił, że nie do wszystkiego trzeba mieć talent 😉 ). Zawodnicy trenujący ze mną reprezentowali Polskę na Mistrzostwach Świata, zarówno w agility, jak i w obedience.

Wiem tak dużo o nagradzaniu/motywowaniu (ciężko robić sport na wysokim poziomie bazując na przymusie 😉 ), a jednak piszę o stosowaniu awersji w szkoleniu psów. Jeśli taki fachura 😉 jak ja doszedł do ściany w zakresie możliwości pracy z nagrodami (w kontekście posłuszeństwa „na co dzień” i pracy z zachowaniami problemowymi), to co miałoby mi kazać wierzyć, że przeciętny Kowalski, który może nie mieć aż tyle drygu do szkolenia psów, z całą pewnością nie ma tego doświadczenia, a i z wytrwałością i pasją bywa różnie, miałby dać sobie radę bazując wyłącznie na podejściu „pozytywnym”?

Gdyby bycie „pozytywnym trenerem” nie było tylko marketingowym konceptem, grą słów (to gra na emocjach) – musiałbym uznać, że właściwie to jestem wzorcowym „pozytywistą”. Przecież 95 % tego co robię to nagradzanie.

Jeśli popatrzysz na pracę wyszkolonych przeze mnie psów przewodników to wyglądają jakby robiły sport – radosne, luźne, żywiołowe, chętne do współpracy. To wynik m.in. tego, że umiejętności jakie im wpoiłem mają podstawę w tysiącach powtórek za które były sowicie wynagradzane. Czy to, że gdy na etapie hartowania zachowań w rozproszeniach mój pies się kilka razy dowie, że gdy nie wykona komendy, to konsekwencją będzie nie tylko brak nagrody, ale i przymus/kara -> automatycznie wymazuje tysiące nagród i zmienia mnie z anioła w sadystę bez uczuć?

Śmiem twierdzić, że będąc „awersyjnym” szkoleniowcem dla popularyzacji „pozytywnego” szkolenia w Polsce zrobiłem więcej niż ogromna większość „pozytywnych” trenerów… W ciągu ponad dekady poprowadziłem blisko 200 seminariów w całej Polsce, na których uczę przewodników jak budować u psa motywację, zaangażowanie, skupienie, jak pracować nad relacją i komunikacją – bazując na nagradzaniu. Nie liczę obozów, kursów instruktorskich, i stacjonarnych warsztatów u siebie w Warszawie.

Koniec psiestrzeni miejskiej?

Moje doświadczenia z ostatnich 2-3 lat wskazują na to, że rośnie grono szkoleniowców, którzy wyrośli (dwuznaczność niezamierzona 😉 ) z nurtu „pozytywnej ideologii”, ale

  1. mają wystarczająco dużo szczerości w sobie żeby przyznać przed klientem, że nie mają doświadczenia w stosowaniu awersji, nie robią mu „ideologicznego” prania mózgu i gdy zachodzi taka potrzeba odsyłają do instruktorów, którzy w tym zakresie mają lata praktyki
  2. mają otwarte głowy i są prawdziwie ciekawi i chętni do zbadania tematu (choćby poprzez stażowanie u „awersyjnego’’ trenera).

Dodatkowo, wbrew oczekiwaniom/życzeniom moich krytyków po publikacji kilku wpisów na blogu w których nie tylko „przyznaję się” do stosowania narzędzi awersyjnych, przymusu i kar (i wszelkich innych grzesznych/brzydkich/brudnych rzeczy), ale wręcz się tym przechwalam, oprócz tego, że mam jeszcze więcej chętnych do skorzystania z moich usług (nie było to moim celem, bo na brak zajęć nie narzekam) to są to klienci z którymi nie tracę nawet minuty na jałowe debaty dotyczące tego czy da radę bezstresowo/na różowo/100% pozytywnie wyszkolić ich psa. Nie to, że nie lubię dyskutować, ale oni sami nie widzą takiej potrzeby, bo już zazwyczaj doszli do odpowiedzi sami. Często po kilku latach błądzenia w męczarniach.

Także coraz rzadziej zdarza mi się, że właściciele ze skruszonymi minami „zbitych psów” zwierzają mi się, że kupili psu kolczatkę/obrożę elektryczną. Presja ze strony „miłośników zwierząt” zdaje się już nie paraliżować rozumu tak mocno jak jeszcze parę lat wstecz. Inna sprawa, że moi klienci otrzymują ode mnie duże wsparcie i w zakresie obrony przed agresywnymi natrętami spod znaku „Nigdy nie musiałem TEGO używać, żeby mój pies był grzeczny”. Doradzam wtedy m.in. jedną z moich ulubionych wizualizacji – wodę spływającą po gęsi.

To krzepiące zjawiska, zwłaszcza w świetle doniesień o niedawnych zakazach stosowania obroży elektrycznych w Anglii, kolczatek w Holandii, i podobnych planach w Australii. Ban na kolczatki i obroże elektryczne to znakomity sposób na wyeliminowanie psów z miast. Najwyraźniej w niektórych krajach zaczyna brakować miejsca na czworonogi w przestrzeni publicznej. (Tak na zupełnym marginesie, Anglią bym się jakoś specjalnie nie przejmował, miłośnicy agility (psi sport, tor przeszkód) mają na pewno w pamięci kuriozalne negowanie ślepych zmian (handlingowy manewr) przez wielu czołowych angielskich zawodników/instruktorów w prowadzeniu psa po torze. Chwilę im zajęło zanim się przebudzili i zaczęli zapraszać instruktorów, którzy ich ślepych zmian zaczęli uczyć… Dajmy im czas na pobudkę w sprawie kolczatek i obroży elektrycznych ;-).

Mit szkolenia pozytywnego

kolczatka

Ta fotka robi karierę w internecie (i na wykładach „pozytywnych indoktrynatorów”) jako koronny dowód na to jak szkodliwym narzędziem jest kolczatka.

To tak jakbym fotkę poniżej traktował jako świadectwo tego, jak szkodliwym narzędziem szkoleniowym są nagrody pokarmowe.

gruby pies

Gdybym zanegował na podstawie tej fotki zasadność nagradzania psa, to raczej nie spotkałbym się ze zrozumieniem 😉

Tymczasem tyle samo prawdy jest w obu tezach.

Czy można zrobić fizyczną krzywdę za pomocą kolczatki? Można (chociaż by trzeba naprawdę NIEPRAWDOPODOBNIE BARDZO się postarać, żeby osiągnąć cokolwiek najminimalniej zbliżonego do tego na zdjęciu). Czy można zrobić fizyczną krzywdę za pomocą nagród? Można (tu aż takiego wysiłku nie potrzeba 😉 A może lepiej zadać sobie pytanie: czy (i jak?) można tego uniknąć?

Grubo ponad dekadę stosuję kolczatki. Jeszcze nigdy nie zobaczyłem nawet podrażnienia czy zadraśnięcia na skórze psa, którego z jej użyciem szkoliłem. Najwidoczniej coś znowu robię źle … 😉

Bardzo częste skojarzenia oponentów awersji z kolczatką to przymus, dyskomfort/ból i groźba. Bardzo rzadka jest świadomość, że jakiekolwiek narzędzie, które zakładamy na psa, to narzędzie awersyjne. Bez względu na to, czy to metalowe kolce, podszyte futerkiem szeleczki, czy aksamitna różowa wstążeczka, cokolwiek do czego podpinamy smycz i ograniczamy wolność żywej istoty, jest środkiem za pomocą którego wywieramy na psie przymus, presję, powodujemy dyskomfort związany z tym, że nie może uzyskać pełnej swobody. Niektórzy z nas robią to świadomie, większość niestety nie.

Kolczatka faktycznie może wywołać dyskomfort u psa. I w tym nie różni się od żadnego innego narzędzia. To co ją odróżnia i stawia ponad nimi w kwestii zadawania dyskomfortu, to że umożliwia stosowanie go na dużo subtelniejszym poziomie niż WSZYSTKIE (może za wyjątkiem obroży elektrycznej) pozostałe narzędzia. Widziałem znacznie więcej psów zachowujących się agresywnie i skrajnie niewychowanych na szelkach niż na jakimkolwiek innym narzędziu.

Nie ma wśród nas – posiadaczy psów – aniołów. Nie ma wśród nas „pozytywnych” trenerów – to pusty frazes. Decydując się na posiadanie psa (zwłaszcza w mieście) godzimy się z tym, że pozbawimy go ogromnej większości przywilejów jakie by miał, gdybyśmy nie trzymali go w niewoli na smyczy. No chyba, że zakładamy, że jego motywacje będą zawsze spójne z naszymi, że będzie zawsze preferował nasze wybory ponad swoje, że nigdy nie będzie popełniał błędnych decyzji, że zawsze będziemy w stanie kontrolować otoczenie i wszelkie rozproszenia, że zawsze będziemy mieli mu do zaproponowania coś atrakcyjniejszego niż środowisko. Rzeczywistość bardzo szybko weryfikuje te założenia – i robi z nich złudzenia.

To, że nie używasz kolczatki, nie czyni Cię „pozytywnym” trenerem. Po prostu sięgasz po „diabelską trójcę” z pomocą innych narzędzi. I najprawdopodobniej nie jesteś tego świadomy.