PSIESPRESSO SHOT #25 PSIOZYTYWNY

gtz

 

„Each time one prematurely teaches a child something he could have discovered himself, that child is kept from inventing it and consequently from understanding it completely.” – Jean Piaget

„If You want to tell people the truth, make them laugh, otherwise they’ll kill You.” – Oscar Wilde

„We have convictions only if we have studied nothing thoroughly.” – Emil Cioran

„We don’t want churches, because they will teach us to quarrel about God…” – Chief Joseph

 

1/4 wpisów na moim blogu dotyczy, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, zastosowania presji w szkoleniu psów. Nie jestem jedynym, który o presji pisze, i zapewne nie najbardziej płodnym w tej kwestii, ale na bank jednym z bardzo nielicznych, który przyznaje przymusowi zasadne miejsce w pracy nad wychowaniem i posłuszeństwem czworonogów. Pomimo tego, że to zaledwie ćwiartka mojej pisaniny i jak już wcześniej zaznaczałem, daleki jestem od promowania metod awersyjnych – moim celem jest jedynie przedstawienie prawdziwego oblicza presji, w kontrze do krzywej gęby jaką „pozytywni” ideolodzy starają się przyprawić m.in. narzędziom szkoleniowym takim jak kolczatka czy obroża elektryczna – przeciętny Ipsiński, który natknie się na mój blog, mógłby odnieść mylne wrażenie, że na tym, w głównej mierze, opieram swoje podejście do nauczania/oduczania. 

„Nagradzać „w ch…” musiał będziesz” – Lord Yoda

Tymczasem klienci, którzy przychodzą do mnie na zajęcia po lekturze bloga, a zwłaszcza jego „szatańskich (czyt. awersyjnych) wersetów” są zadziwieni, że szastam nagrodami na lewo i prawo. „Żaden z moich najbardziej pozytywnych trenerów tyle nie nagradzał” – zdarzyło mi się usłyszeć od klienta, który w 3 lata przerobił kilkunastu fundamentalistów ruchu „force-free”, ale siebie przerobić nie dał (jakby co, to te 3 lata to żaden rekord wśród moich klientów). Są tym bardziej skonsternowani, gdy na pytanie, kiedy będą mogli zrezygnować z nagród słyszą: „NIGDY!”. Przecierają uszy ze zdumienia, gdy dowiadują się, że wbrew temu co im wmawiano znacznie łatwiej będzie im przestać korzystać z narzędzi awersyjnych, niż z nagradzania. 

Gdy jako przykład podaję swoje w pełni wyszkolone, super posłuszne psy, które za byle co – nawet za to za co od dawna nie muszę – nagradzam „jak poje…y” (cytat z jednego z klientów), zaczynają powątpiewać „czy jednak nie jestem z tych pozytywnych?” (dokładnie tak sformułowane pytanie dość często zdarza mi się słyszeć przez telefon – w odpowiedzi odsyłam na bloga). 

I w sumie mają prawo sądzić, że źle trafili – bo jestem pełnowartościowym „pozytywnym” szkoleniowcem (nie mylić z ideologiem). Na moich zajęciach w 95% skupiam się na nagradzaniu i tworzeniu zachowań, a w 5% karcę i stopuję/likwiduję zachowania. Dlaczego te 5% czyni mnie szkoleniowcem „awersyjnym”? Czy jeśli do garnka zupy pomidorowej dodam szczyptę kurkumy to stanie się ona zupą kurkumową? Co najwyżej będzie miała więcej właściwości antyzapalnych, ale esencja zostanie nienaruszona ;-).

Piszę na blogu o awersji, bo instruktorów, którzy mówią wyłącznie o „pozytywnej” motywacji, smakołykach i zabawkach, jest na pęczki. I chwała im za pracę, którą wykonują, o ile nie wmawiają odbiorcom, że na nagrodach da się „ugrać” wszystko. Siła autorytetu zdaje się odgrywać decydującą rolę w przekonywaniu zadziwiająco dużej liczby posiadaczy psów, że psy to istoty, które należy motywować wyłącznie perspektywą otrzymania tego co przyjemne – a unikanie tego co nieprzyjemne jest zarezerwowane wyłącznie dla homo sapiens (zasłużyliśmy sobie!). (Dla kontrastu, o ograniczonej sile autorytetu w przekonywaniu do awersji: https://tomekjakubowski.pl/2018/05/01/psiespresso-shot-10-authorytet/).

Ciężki orzech mam do zgryzienia, gdy trafiają do mnie psy i właściciele przemieleni (mniejsza o to czy skutecznie czy nie) przez ideologiczną maszynkę. Nieszczęsne czworonogi zazwyczaj już są tak zniesmaczone widokiem smakołyków, że nawet tatar z łososia wywołuje u nich sygnały uspokajające. Choćbym chciał je pozytywnie szkolić – to nie bardzo mam jak, ani czym… Czyli zaczynamy wszystko od początku. A właściwie nie od początku, bo najpierw musimy odzyskać coś co zostało utracone – motywację. Drugi problem to „pozytywnie przeorany” właściciel, który po miesiącach/latach (ilość czasu utraconego zależy od charyzmy „ideologa prowadzącego”): wstawania o 5 rano kiedy nie ma nikogo pod blokiem, chowania się na spacerach za krzakami i autami przed wszelkimi żywymi istotami, błagania psa o to żeby raczył spojrzeć na kiełbasę trzymaną nad jego głową, dawania psu wyboru (ten frazes wdarł się jakiś czas temu szturmem do „pozytywnej mowy trawy”) – stwierdza „Nie o take Polske walczyłem!” i sobie uświadamia, że właściwie swojego psa już nie lubi… Skoro nawet wałęsać się razem nie daje … potrafię to zrozumieć. Więc podwójny Nelson, bo i z właścicielem musimy się tak narpawdę cofnąć parę kroków wstecz na drodze do Pokojowego Nobla.

Praca przymusem przewodnika!

Większość moich klientów nie potrzebuje kolczatek ani obroży elektrycznych. A jeśli potrzebują to dowiadują się, że na kolczatkę (tutaj jako „symbol” presji/przymusu) trzeba u mnie „zasłużyć”. Nikomu tego narzędzia nie proponuję na dzień dobry, nawet, gdy na dzień dobry klient tego chciałby, lub na pierwszy rzut oka widać, że bez danego narzędzia szansa na rozwiązanie problemu jest znikoma. Zasłużyć trzeba odrobieniem swojej pracy domowej  – nabyciem biegłości w motywowaniu psa, rozwijaniu zaangażowania, zdobyciem kompetencji w komunikowaniu się z psem, budowaniu zachowań, umiejętnym hartowaniu nabytych zdolności poprzez naukę kontroli impulsów i pracę w coraz większych rozproszeniach. A także skupieniem wysiłków na uczeniu psa zachowań alternatywnych (tak, tak! wcale nie negowałem zasadności ich promowania we wpisie – https://tomekjakubowski.pl/2018/04/19/psiespresso-shot-6-abrakadrabra/) i zaspokajaniu potrzeb mentalnych i fizycznych sierściucha. 

Klienci z którymi ostatecznie decydujemy się na wprowadzenie np. kolczatki lub obroży elektrycznej w szkolenie, dowiadują się o ryzykach związanym ze stosowaniem tych narzędzi, a także o tym jak im zapobiegać (tego samego dowiadują się o ryzykach związanych ze stosowaniem nagród…). I przez cały proces raportują mi o rezultatach, dzięki czemu na bieżąco możemy modyfikować plan działania. Nie wmawiam klientom, że kolczatka/OE to zaczarowana różdżka, i upewniam się, że nie traktują tego jak drogi na skróty – wiedzą, że będzie to proces wymagający od nich sumiennej pracy.

Moi klienci uczą się w pierwszej kolejności jak tworzyć zachowania – a dopiero w przypadku dojścia do ściany, jak zachowania stopować. Za setkami/tysiącami powtórek, stoją setki/tysiące nagród. Pracujemy ciężko na to, żeby presję, o ile będzie w danym przypadku koniecznością, stosować w tak minimalnym wymiarze jak to możliwe (co nie oznacza, że nie stosuję jej nigdy w wymiarze tak dużym jak to konieczne). Wbrew temu jak by nas – „awersyjnych” trenerów – chcieli malować „pozytywni” ideolodzy, my również nie przepadamy za presją/przymusem/awersją/karami. I nie dlatego, że nas ona kręci ją stosujemy. Dla nas też nie jest cool to, że w pewnych przypadkach musimy w drodze do celu zastosować presję. Cool jest to, że są narzędzia, dzięki którym pożądany efekt można osiągnąć przy minimalnym użyciu presji, i to znacznie częściej niżby w to chcieli fanatyczni „miłośnicy zwierząt” wierzyć. Pożądany z punktu widzenia psa, a nie tylko właściciela. 

Ogromna większość znajomych mi szkoleniowców, którzy nie odżegnują się od przymusu, ma w małym palcu teorię i wszelkie z niej maglowane do wyżygu przez „pozytywnych” wyznawców biblijne dogmaty, ale życie zweryfikowało to o czym czytali i ten palec zbyt często musiał wylądować w … nosie. Są to ludzie z olbrzymim doświadczeniem (a nie po weekendowych teoretycznych kursach), którzy na pewnym etapie – zazwyczaj prędzej niż później – doszli do granic szkolenia z użyciem nagród i zaczęli szukać dalej, niż na wyciągnięcie małego palca. Wśród swoich klientów mam bardzo utalentowanych szkoleniowców i zawodników ze świata psich sportów, w tym reprezentantów Polski na Mistrzostwa Świata w różnych dyscyplinach – ludzi, którzy rzetelnie, uczciwie odrobili swoją pańszczyznę w zakresie „pozytywów” tak dobrze jak nigdy tego nie zrobi przeciętny właściciel psa, (bo nie znajdzie na to sił, motywacji, czasu, pieniędzy, ani … wrażliwości). To ze sportowego świata pochodzi wiele technicznych nowinek i konceptów jak skutecznie motywować i szkolić psy z pomocą nagród – wszak konkurowanie rodzi innowacje! Zarzucanie tym osobom braku wiedzy i umiejętności, pójścia na skróty, nie dbania o „psi dobrostan” (kolejny trendy termin) i chęć dążenia do celu po trupach jest mocno chybione.

Czy czaisz bazę? 

„Awersyjny” trener, podobnie jak ten „pozytywny”, też uczy klienta m.in tego:

  • jak kluczowe są w procesie uczenia: timing, kryteria i częstotliwość nagradzania? 
  • jak ważne są emocje psa i jak je rozpoznawać (a także jak ważne są emocje przewodnika)? 
  • jak stopniować rozproszenia?
  • dlaczego to ważne, żeby pies był proaktywny, wykazywał się inicjatywą? (szukajcie wskazówek u Jean’a Piaget 😉 )
  • jak sprawić, by to pies nas prosił o pracę, a nie my jego?
  • … tu możesz wpisać dowolną, rzekomo przynależną jedynie „pozytywnym” domenę…

Wszystkiego tego nauczą się także przewodnicy Sophie, 5-miesięcznej lagotto romagnolo, bohaterki 5 minutowego klipu zamieszczonego w tym wpisie. Niech będzie on dowodem w sprawie… 😉 Przedstawia taki totalny „basic”, więc dupy nikomu kto głębiej w tym siedzi nie urwie, ale nie w tym celu go zamieszczam. Ponieważ często karmię klientów materiałami uzupełniającymi, a ten blog jest jednym z nich, w tym wpisie znajdą oni przedsmak tego, czego będę wymagał na zajęciach i z czego będą rozliczani.

Jest to nagranie z sesji uczenia psa wysyłania na miejsce. Metodologia uczenia – z małymi abberacjami w zależności od indywidualnych predyspozycji, temperamentu, stopnia zmotywowania, poziomu dotychczasowego wyszkolenia – jest u mnie podobna bez względu na to czy mam do czynienia ze szczeniakiem, czy dorosłym psem, i bez względu na to czy celem jest wypracowanie umiejętności jako „sztuczki”, budowanie podstaw sportowych, czy też zadanie ma być elementem terapii behawioralnej/pracy z psem „problemowym”.

 

 

Bardzo lubię zacząć edukację psa, jak i właściciela od uczenia tego zadania z wielu różnych powodów. 

Pies bardzo szybko uczy się:

  • tego jak się uczyć – jego działania przynoszą określone rezultaty, ma poczucie wpływu na wydarzenia
  • kontrolowania swoich impulsów – tego jak „zasłużyć” na nagrodę i na jej widok nie tracić głowy, tylko nią ruszać 😉
  • być aktywnym partnerem w pracy.

Korzyści dla przewodnika to:

  • przechodzi swoisty crash-course tego jak istotny jest timing, kryteria oraz częstotliwość nagradzania i może je w praktyce za jednym zamachem przećwiczyć (stosunkowo łatwo określić jest nawet laikowi czy zadanie jest wykonane czy nie -> bo albo pies jest na obiekcie, albo nie – do ćwiczenia dobieram celowo albo łóżeczko z „progiem”, albo coś na kształt platformy/podestu, co ma kryterium wysokości)
  • uczy się jak stopniowo wycofywać naprowadzanie i unikać „niańczenia” psa; uświadamia sobie różnicę pomiędzy łapówką, a nagrodą
  • zaczyna dostrzegać jak ważne jest umiejscowienie nagrody i jak ważny ma wpływ na klarowność przekazu i stabilność zachowania
  • dowiaduje się jak komunikować się ze swoim psem za pomocą sygnałów werbalnych: sygnałów nagród, sygnału zwalniającego i sygnały braku nagrody; a także zaczyna pojmować różnicę pomiędzy sygnałami nagród, a pochwałami

A co mam ja z tego ;-)? Koncept „miejsca” będziemy mogli potem  wykorzystywać w innych kontekstach – oswajania z klatką, nauki dostawiania do nogi na targecie, zatrzymywania z odległości, wchodzenia do auta, wyzwań zręcznościowych i sztuczek.

Filmiki jak ten powyższy wysyłam klientom, i czasem drogą elektroniczną, a czasem „na żywo” przeprowadzam z nimi wywiad. W przypadku właścicieli Sophie, będę chciał się upewnić, że znają odpowiedzi na m.in. poniższe pytania :

  • Jakich metod uczenia używam? Dlaczego?
  • Jakie sygnały komunikacji stosuję? Czemu są istotne? Jakie warunki muszę spełnić stosując je, tak by odegrały swoją rolę?
  • Kiedy smakołyki przestają być łapówką, a stają się nagrodą?
  • W którym momencie sesji pies przestaje być „marionetką” w moich rękach, a staję się zaangażowanym w rozmowę partnerem?
  • Czemu zawdzięczam (poza urokiem osobistym i niebywałą charyzmą) to, że 5-miesięczny szczeniak w obcym środowisku dalekim od warunków laboratoryjnych (mnóstwo psich zapachów, patyki na ziemi, krecie norki, obce psy, rowerzyści i biegacze za ogrodzeniem placu) potrafi tak świetnie skupić się na pracy i tak szybko uczyć? 
  • Co jest w danej sesji dla psa potencjalnym rozproszeniem?
  • Jak mógłbym ułatwić mu zadanie?

Nie dystansuję się w tym wpisie od stosowania presji w nauce posłuszeństwa i nie staram się sprzedawać przymusu w tęczowych barwach. Nie oznacza to jednak, że w swoim szkoleniu bazuję na groźbach, zastraszaniu, dyskomforcie. 

Bazuję na tysiącach powtórek z nagrodami. Takich jak te widoczne na filmiku.

Dieta megalomańska

Festyn pod tytułem – „Kto jest najbardziej „wegańskim” miłośnikiem psów?” – zdaje się trwać w najlepsze, mimo, że Oscary już rozdane i Szalony Joker zgarnął główną nagrodę chełpiąc się na gali swoją roślinożartością. Dochodzi do takich absurdów, że właściciel psa może być zbombardowany przez „pozytywnych” terrorystów za to, że jest … właścicielem psa, a nie jego … opiekunem. Zawsze jak to słyszę/czytam, zastanawiam się, czy jeśli bym zagwarantował psu opiekuna najlepsze na świecie warunki życia i opiekę, znacznie lepsze niż u dotychczasowego przewodnika, i zaproponował mu oddanie mi psa, to czy pozostałby jego opiekunem, czy nagle przeistoczyłby się we właściciela i odmówił? 

Jestem innowiercą, bo uważam, że psy, mimo, że możliwość ich posiadania to psywilej, powinny mieć swoje obowiązki (o tym, że powinny być posłuszne, bo to w ich najlepszym interesie, zwłaszcza jeśli mają psieżyć w mieście, pisałem tutaj – https://tomekjakubowski.pl/2018/05/03/psiespresso-shot-11/). Obowiązki mają też szkoleni przeze mnie przewodnicy. I to oni W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI są z nich rozliczani. Choć wiem, że do najbardziej „wegańskich” istot na Ziemi mi daleko, to staram się jak mogę, żeby zarówno dla właściciela jak i jego psa wypełnianie tych obowiązków było tak bezkonfliktowe, emocjonalnie strawne, nie budzące oporu, nie wywołujące nadmiernego stresu – jak to tylko możliwe. Po 12 latach prowadzenia warsztatów w psich szkołach w całej Polsce zapewniam – nie jestem wśród „awersyjnych” trenerów wyjątkiem. 

To jak ze mną w końcu jest tak naprawdę? 

Tak naprawdę nie jestem ani pozytywny, ani awersyjny, ani pośrodku. Przed psami staję „goły”, bez żadnych etykietek, nikogo nie udaję i przede wszystkim słucham co one mają do powiedzenia o sobie. Staram się na ich rozbrajającą mnie od 16 lat szczerość odpowiadać tym samym.

Nie pozwolę nigdy ani moim, ani (zwłaszcza!) cudzym przekonaniom stawać na drodze do wysłuchania tego co mówi do mnie pies, którego w danej chwili mam przed sobą.

Daleko mi do wszelkich psich ideologii, szkół, nurtów, ruchów, odłamów, wyznań, kultów, sekt i kościołów. 

Najbliżej mi chyba do Indian, bo zgadzam się w pełni z Wodzem Josephem – zamykanie się w swoich świątyniach wywołuje tylko kłótnie o prawdę, na której nam wszystkim zależy – żeby psy miały z nami dobrze.