PSIESPRESSO SHOT #26 PSIESTROGI

hok

 

Na przestrzeni lat spotkałem się z wieloma przestrogami dotyczącymi różnych aspektów wychowania i szkolenia psów. Ponieważ jestem z tych, co dopóki na własnej skórze nie sprawdzą, to nie uwierzą, poprzez doświadczenie weryfikowałem ich „prawdziwość”.

Niektóre z przestróg, okazywały się jak najbardziej uzasadnione, inne tylko częściowo, lub były zupełnie chybione. Poniżej moje przemyślenia dotyczące tych drugich.

 

„Kliker jest neutralny – w odróżnieniu od głosu, którym możemy nieświadomie przekazywać psu nasze negatywne emocje.”

Dla mnie to największa wada klikera. Kiedy jestem przygnębiony, to nie mówię bliskim: „Jestem dziś mniej radosny”. A tym bardziej nie okłamuję ich wykrzykując: „Wszystko u mnie OK!”. Podobnie, chcę być szczery wobec mojego psa. Nie udaję kogoś kim w danym momencie nie jestem. Co nie wyklucza tego, że w reakcji na odpowiedź ze strony psa mogę się zmienić lub przynajmniej taką próbę podjąć.

Mój pies podczas treningu uczy się nie tylko zachowań, ale i mnie. Podobnie i ja – uczę się nie tylko budować składowe danych umiejętności, ale poznaję też samego odbiorcę. Zwierzak daje mi feedback – w każdej chwili mogę się zatrzymać, zmodyfikować coś, odpowiedzieć na to co do mnie mówi, co chce mi przekazać. Dzięki temu uwrażliwiam się na jego emocje. Dla mnie praca z psem to znacznie więcej niż tworzenie zachowań z pomocą plastikowego pudełeczka. I tak np. gra pt „Obedience” to dla mnie tylko droga prowadząca do budowania więzi z psem, nawiązania z nim głębszego porozumienia, a nie cel sam w sobie.

Czasem celowo planuję sesję treningową bez stosowania klikera, będąc w pełni świadomym, że klikanie byłoby bardziej efektywne. Chcę żeby mój pies mnie czytał i dawał informację zwrotną jak mnie odbiera, ponieważ zależy mi na tym, żeby lepiej rozpoznawać swoje emocje, reagować na gorąco i spontanicznie móc je regulować. Kiedy nie jestem w stanie ogarnąć emocjonalnej kuwety – przerywam trening, a nie klikam dalej udając, że wszystko cacy. Mam w dupie, czy uda mi się w danej sesji czegokolwiek psa nauczyć. Zależy mi na szczerej współpracy. Jakiegokolwiek by efektu nie przyniosła. Czuję, że rozwija mnie to jako człowieka, a nie tylko szkoleniowca. Jeśli złapałbym się na tym, że mam zbyt duży „bałagan na strychu” (cytat z Pono, klasyka polskiego rapu) może użyłbym klikera – a może po prostu darował sobie tego dnia trening. Warto, jeśli na tych wyklętych odczuciach się złapiemy, zastanowić się skąd mogą wynikać. I warto nad grzesznymi myślami pracować. Dziękując psu z całego serca, że pozwolił nam je namierzyć.

Na obu biegunach znajdziemy purystów prezentujących skrajne poglądy – tak jak niektórzy nie używają głosu w obawie przed przekazywaniem psu swojego podirytowania i frustracji, tak inni nie używają klikera, argumentując, że jest „bezduszny” i utrudnia głębszy kontakt z żywą istotą. Dlaczego nie używać klikera, a zaraz po nim krwistego steku pochwał? Albo używać klikera na kilku pierwszych sesjach, żeby rozbujać styki w mózgu psa i zbudować zręby zrozumienia danego zadania, a na dalszych etapach pracy nad zachowaniem dla odmiany rozruszać język w gębie? A może spróbować systemu zmianowego -> stosować przeważnie kliker, ale w wybranych sesjach celowo ograniczyć się do używania sygnałów werbalnych – właśnie po to, żeby aktywnie śledzić swoje emocje, i ich wpływ na szkolone stworzenie (jeśli mamy z tym problem). 

Niezaprzeczalnie psy szkolone z pomocą klikera szybciej uczą się zachowań. Bez dwóch zdań jeśli chodzi o precyzję kliker przewyższa nasze trele. Góruje też w kategorii powtarzalność/jednoznaczność. Z całą pewnością jest neutralny (wyłączając te psy, które ten dźwięk początkowo przeraża i przed nim uciekają 😉 ). Ale czy na tej ostatniej jakości klikera naprawdę zawsze powinno nam zależeć?

Jakkolwiek sobie na to pytanie nie odpowiesz, to nie łudź się, że jeśli używasz klikera to pies po innych wskazówkach z Twojej mowy ciała, mimiki twarzy, postawy, gestów nie potrafi wydedukować, że „coś tu nie gra”. Jeśli jesteś zawiedziony swoim psem, sfrustrowany jego „tępotą” lub po prostu wstałeś lewą nogą, czy coś Cię najzwyczajniej w świecie, tak najprawdziwiej po ludzku, wkurwiło, to nie licz na to, że kliker to ukryje przed bystrym okiem i czułym węchem Twojego psa. Nie wmówisz mu, że jesteś po prostu „troszkę nie w sosie”.

 

„Sygnał braku nagrody (dalej w tekście jako NRM = non-reward marker)  ma szkodliwy wpływ na emocje psa, utrudnia uczenie, psuje relację z przewodnikiem.”

Informowanie psa o tym, co go od nagrody oddala rzekomo pozbawia go inicjatywy, grozi utratą entuzjazmu do pracy, nagromadzeniem frustracji, tłamsi kreatywność, spowalnia proces uczenia, rezultuje spadkiem zaufania do przewodnika i wieloma innymi śmiertelnymi skutkami ubocznymi.

Przestroga ta jest zazwyczaj odpryskiem bezkrytycznie upowszechnianego przez ideologię „force-free” zalecenia by „nagradzać pożądane, ignorować niepożądane”. Zgodnie z nim odradza się używania NRM na każdym etapie tworzenia zachowań.

Zaniechanie stosowania NRM i tym samym pozbawienie psa cennej informacji, dotyczącej tego kiedy błądzi i bezproduktywnie traci energię, również może wywołać większość z wyżej wymienionych w pierwszym akapicie „defektów”. Wiem – „może” nie oznacza, że „musi”. Tyle, że w obu przypadkach – stosowania NRM czy jego zaniechania – to „może, ale nie musi” jest kluczowe.

Stosuję NRM zarówno w sporcie (w obedience i pracy węchowej), w posłuszeństwie na co dzień oraz w szkoleniu psów przewodników. Jestem niezwykle nieudolny, bo jeszcze nie udało mi się złamać żadnego psiego serca w wyniku wypowiadania słów „e-e”. Mam może zbyt dużo wiary w inteligencję psa i odporność psiej psychiki? A może to pies ma dużo wiary we mnie? A może, wreszcie, wierzę w swoje umiejętności budowania współpracy opartej na zaufaniu? Owszem … zaufaniu – bo pies ufa, że dam mu jako godny zaufania przewodnik informację kompletną. Dotyczącą nie tylko tego „co działa”, ale i tego co zadziałać nie ma szans.

Dlaczego zostawiać psa z połową informacji? Czy chciałbyś, żeby na kursach prawa jazdy mówili tylko o tym, że można przejeżdżać na zielonym świetle, a o czerwonym świetle nic nie mówiono? Uznałbyś kurs za rzetelny i uczciwie poprowadzony? Bardziej „obrazowo” opisuje sensowność uczenia przeciwieństwa słowa „dobrze” Ivan Balabanov w poniższym filmiku (dostępny tylko dla użytkowników Facebooka): https://www.facebook.com/Ivan.Balabanov/videos/259952171637369/

Kiedy zasadniczo unikam NRM? Zwłaszcza, kiedy bawię się we free-shaping. Gdy buduję zrozumienie zadania. W fazie nauki chcę żeby pies eksperymentował, bo jest w tym niezaprzeczalna korzyść dla rozwijania jego umiejętności uczenia się, i milion innych zysków o których powstały już tony tekstów, więc pozwolę sobie nie przynudzać (tym bardziej, że o przestrogach związanych z kształtowaniem będzie w części II).

Kiedy wobec tego używam NRM? W fazie poddawania zachowań rozproszeniom i generalizacji. NRM, który u mnie w początkowej fazie warunkowania oznacza jedynie brak nagrody, docelowo staje się sygnałem korekty. Przy czym korekta to dla mnie nie kara – chociaż wciąż powszechnie w naszej szkoleniowej psie nomenklaturze stawia się między nimi znak równości. Kara ma zachowanie wyeliminować. Zaś korekta ma na właściwe zachowanie naprowadzić. I tym samym zbliżyć do nagrody. Taki kolejny paradogs – korekty otwierają drogę do pozytywnego wzmocnienia (może to paranoja, ale słyszę jak na to bluźnierstwo niektórym z czytelników otwiera się właśnie nóż w kieszeni 😉 ). Może dlatego korekty nie łamią serc szkolonym przeze mnie psom? Ufają, że stoję po ich stronie, i chcę im pomóc. Nie wytykam błędów, lecz wskazuję najefektywniejszą drogę do sukcesu.

Szkolone przeze mnie psy bardzo dobrze radzą sobie z „krytyką” z mojej strony. Nie każda próba jest równa sobie, nie każdy wysiłek wysiłkowi równy. Przekazanie tej idei psu nie musi się wiązać z pozbawianiem go poczucia własnej wartości, odbieraniem sprawczości i stawianiem nas w roli dyktatora. To nie NRM gasi psy – jeśli już robi to toksyczny, betonowy, apodyktyczny przewodnik. 

Pisząc ten paragraf przypomniało mi się jak w jednym z wywiadów jakie Jordan Peterson udzielił Joe Rogan’owi, ten pierwszy wspomniał o trendzie, który zauważył w swojej rodzimej Kanadzie, na organizowanie przez rodziców meczy hokeja dla swoich dzieci, w których nie liczy się strzelonych przez obie strony bramek (zaznaczając z przekąsem, że nie liczy ich nikt poza … dziećmi, które głupie nie są… 😉 ). Mam nieodparte wrażenie, że podobnych absurdów – realizowanych w imię o-błędnie pojmowanej ochrony bezbronnej istoty przed absolutnie wszystkim, co mogłoby naruszyć jej dobre samopoczucie – doświadczamy i w naszym „psim światku”. 

Rozumiejąc wyjściowe przesłanki kierujące opiekunami chcącymi ustrzec swoich podopiecznych przed potencjalnie destrukcyjną „porażką”, i co do zasady się z nimi zgadzając (któż do jasnej cholery nie chciałby dla swojego papi jak najlepiej!), to ja tego konkretnego przejawu podejścia do problemu nie kupuję. Chyba, że ma naszych podopiecznych przygotować na życie w dalekiej Arkadii na innej planecie, a nie na kuli ziemskiej. Ja przygotowuję szkolone przeze mnie psy na to jak radzić sobie z krytyką, porażką, niedoskonałościami, błędami, a nie na życie w świecie, który nie istnieje. 

(Dla ciekawskich link do podcastu Joe Rogana – https://youtu.be/vIeFt88Hm8s?t=4961; wspomniany moment zaczyna się w 1h 22min 40 sek, aczkolwiek polecam Waszej uwadze całą rozmowę, bo jest wiele smaczków, które by można odnieść do naszego grajdołu, jak choćby temat hierarchii i tego na czym zdrowe hierarchie się opierają… Może przyjdzie Wam do głowy, że gdzieś, coś, kiedyś już u mnie o tym było, tylko może nie bezpośrednio 😉 Podpowiedź jakby co, jest ukryta w tym tekście…).

 

„Jedną z największych zalet stosowania obroży elektrycznych, w kontraście do innych narzędzi awersyjnych, jest to, że pies nie kojarzy aplikowanej z jej pomocą kary ze swoim właścicielem.”

Ta przestroga – chociaż w tym wypadku można raczej mówić o reklamie konkretnego narzędzia, przy jednoczesnym wytykaniu ułomności pozostałym z tej samej kategorii – wywodzi się ze środowisk „awersyjnych”.

Zdumiewa mnie jak często widzę na YouTube filmiki (jestem nałogowym szperaczem) popularnych, cenionych instruktorów, którzy podkreślają na każdym kroku, że robią „low-level e-collar training” (trening z użyciem OE na niskich impulsach) i że OE nie służy im w żadnym wypadku do uczenia zachowań, a jedynie do uzyskania niezawodności na dalszych etapach szkolenia (chyba stoi za tymi wyznaniami płonna nadzieja, że PETA się o ich skalpy nigdy nie upomni) – i jednocześnie tak mocno podkreślają tą wątpliwą (wątpliwą oczywiście w moim skromnym przekonaniu) zaletę, jaką niby jest to, że pies nie wiąże stymulacji elektrycznej z dozującym ją przewodnikiem. Nasuwa się pytanie – skoro tak cukierkowo i pozytywnie reklamują OE to czemu taka to dla nich straszna, ryzykowna, niebezpieczna perspektywa, że pies będzie kojarzyć sygnały z OE ze swoim właścicielem? Nawet takiemu adwokatowi OE jak ja śmierdzi tu podstępem. A już na pewno nie dadzą się na takie tanie alibi nabrać, podejrzliwi z natury względem czegokolwiek cuchnącego awersją, oskarżyciele ruchu „force-free”.

Czy naprawdę to zawsze przemawia na korzyść OE, że pies nie wiąże impulsów z przewodnikiem? Dla mnie w tym czai się największy potencjał na wyrządzenie psu krzywdy. Lepiej, żeby pies wiązał impulsy ze środowiskiem? Lepiej żeby myślał, że czasem w szyje „ukłuje” latarnia, kosz na śmieci, rowerzysta, auto, drzewo, trawnik, albo inny pies? Wyłączając ekstremalnie nieliczne sytuacje, gdy byłbym skłonny użyć OE w stylu „act of god punishment”, bo skojarzenie, że to dany element środowiska miota „prądem” byłoby mi (a w szczególności psu) nawet na rękę, to osobiście nie mam z tym najmniejszego problemu, że szkolone przeze mnie psy wiedzą, że impulsy wysyłam ja. Ba, tak procesem steruję, żeby nabrały co do tego przekonania! 

Mój brak obaw wynika z tego, że tak naprawdę sednem tego co robię nie jest to czy wiążę impulsy ze sobą, czy ze środowiskiem. Wiążę je z zachowaniem psa. Daję mu poczucie pełnej kontroli nad tym, czy je czuje, czy nie. Dlatego nie ma dla mnie tak naprawdę większego znaczenia co o źródle stymulacji myśli mój pies. Ważne jest dla mnie, że wie, że poprzez swoje zachowanie ma wpływ na to kiedy się pojawia, a kiedy znika. Wie w jaki sposób może ją uruchomić, i w jaki sposób wyłączyć. Najwyraźniej nie jest to powszechna praktyka wśród użytkowników OE. I to o tym, tak naprawdę, należy ostrzegać!

 

Ciąg dalszy nastąpi …