PSIESPRESSO SHOT #27 PSIESTROGI cz.II

 

hope-house-press-leather-diary-studio-PJzc7LOt2Ig-unsplash-2

 

Dzisiaj na tapetę wjeżdzają kolejne dwie psiestrogi. 

O ile mój poprzedni wpis był kierowany bardziej w kierunku psich nerdów, a dla zupełnych świeżaków mógł być nieco trudniejszy w odbiorze/zrozumieniu, o tyle ten był pisany głównie z myślą o moich „codziennych” klientach. Dla starych wilków poruszane poniżej kwestie mogą być już nieco oklepane – cóż, do zobaczenia przy kolejnej małej czarnej ;-).

 

„Nie spalaj miski*, bo: 1) głodzenie psa jest nieetyczne, 2) szkolenie z pomocą smakołyków to przekupstwo 3) wykształcisz u psa fiksację na jedzenie, a ty samym -> 4) wzmocnisz nawyk  zbierania z ziemi.” 

( * spalenie miski – to w szkoleniowym żargonie zaprzestanie karmienia psa z miski, i wprowadzenie w zamian „interaktywnej” formy oferowania pokarmu, np. poprzez umieszczanie go w tzw. matach węchowych czy Kongach, lub wydawanie dziennych porcji w ramach sesji treningowych.) 

Nie spalając miski – topisz najbardziej funkcjonalną, praktyczną i efektywną nagrodę jakiej możesz użyć w szkoleniu swojego psa. Pielęgnowany przeze mnie „od małego”, nawyk pracowania za jedzenie, w ogromnej mierze odpowiada za motywację moich psów do współpracy i to jemu zawdzięczam ich mocne ukierunkowanie na mnie. Dla niektórych to zabrzmi jakbym kupował miłość swoich psów. Nie mam moim psom za złe tego, że są ucieleśnieniem oportunizmu. Natura się nie myli – pies nie jest ślepą uliczką ewolucji. Ucieleśnieniem bezwarunkowej miłości i oddania staje się dopiero w wyniku naszych o to starań – obejmujących szkolenie z pomocą nagród.

Mityczna „will to please” niech w sferze mitów pozostanie – abstrahując od tego, że ponoć dotyczy tylko jednej rasy (border collie, i to też nie wszystkich, rzekomo raczej tych z mniej plastikowych linii), to nawet jeśli Ci się trafi egzemplarz, który ma chociaż jego śladowe ilości, to możesz czuć się wyjątkowym farciarzem (coś jakbyś trafił 6-stkę w Lotto). U żadnego ze znanych mi bc nie namierzyłem genu altruizmu – często mylonego z uległością, faktycznie bardzo charakterystyczną dla tej rasy – a poznałem ich całą masę. Owszem, bordery jak każdy normalny pies mają „will to please” – ale ukierunkowaną na siebie, co jest bardzo zdrowym, naturalnym i jak na najmądrzejszą rasę przystało – „inteligentnym” odruchem.

Środowisko ma psu milion rzeczy do zaoferowania. To milion powodów, żeby traktować nas jak tło. Skrajnie krótkowzroczne zdaje mi się oddawanie za friko jednego z nielicznych „powodów”, dla których nasz zwierzak mógłby częściej interesować się nami. Daleko bym nie zajechał w budowaniu relacji na samym dobrym słowie – pochwale jako nagrodzie samej w sobie. Owszem, w wyniku skutecznego warunkowania to dobre słowo faktycznie zaczyna mieć wartość dla psa. Ale na to trzeba w oczach psa zapracować. Klientom, którzy mają opory w „przekupywaniu” swoich psów proponuję przeprowadzenie miarodajnego testu na nieskalaną interesownością psią miłość. Wygląda on tak, że proszę przewodnika, żeby na zmianę, tuż zanim odepnie psu smycz w parku/lesie, dla utrzymania jego koncentracji i zainteresowania na sobie, zaprezentował mu jedną z dwóch nagród. W jednej próbie ma to być wyłącznie dobre słowo/pochwała. W drugiej – kiełbasa. Po odpięciu smyczy proszę, żeby przewodnik zanotował efekt. Jeśli ktoś z czytelników ma wątpliwości co do tego czy pies darzy większą bezwarunkową miłością jego czy kiełbasę, zachęcam do przeprowadzenia testu na własną rękę. 

Oczywiście zdarzają się wyjątki – są psy, które tak samo głęboko w poważaniu mają kiełbę. Ale ten wyjątek da się, m.in. właśnie poprzez spalenie miski przepracować. Mało poetycka to prawda, że droga do psiego serca usłana jest aromatycznymi pętkami mięsiwa. Czy to oznacza, że nie chwalę swoich psów i zupełnie neguję wartość nagrody socjalnej? W żadnym wypadku. Cieszę się do moich psów jak poje…., ale nie łudzę się, że mój border collie Bogusław chętniej usłyszy ode mnie „super pies” niż pójdzie przewąchać tyłek pierwszej lepszej napotkanej psyjaciółce. Musiałby być naprawdę „zboczony”, żeby mieć odwrotne priorytety. Nie czuję się tym dotknięty, bo też nie jestem zboczeńcem – nie mam chorych oczekiwań względem psa.

Psy mają czułe sensory naszych emocji i rzecz jasna chcę za ich pomocą przekazać im, że jestem z nich dumny i sprawiły mi radość. Ale wartość moich pochwal to w dużej mierze efekt uboczny pracy, którą włożyłem w moje czworonogi używając konkretnego, namacalnego, materialnego hajsu – m.in. jedzenia i zabawek. Wszystkie moje psy dostają obecnie „normalne” posiłki, z miski, o określonych porach. Dostają je za friko, bo nie wybrzydzają, jedzenie ma wysokie miejsce wśród ich priorytetów, i nie mam z nimi problemów wychowawczych, które skłaniałyby mnie do tego, żeby cokolwiek w tej kwestii zmieniać. Ale jestem w każdej chwili gotowy do modyfikacji, na wypadek, gdyby w którejś głowie się poprzewracało ;-).

Każdemu ze swoich klientów, którzy borykają się z problematycznymi zachowania swoich psów, a na drodze do celu stoi im przeszkoda w postaci „psa niejadka”, doradzam wprowadzenie skrojonych pod danego psa procedur karmienia. Przykładową procedurę zamieszczam jako załącznik w pdf na końcu tego akapitu, z zastrzeżeniem, że nie była pisana pod psa, który nie je, bo jest lękliwy, nieśmiały, wycofany i „boi się życia”. W zależności od tego jak u psa zaczyna się zmieniać postrzeganie jedzenia („eureka, to nie manna z nieba, która czeka grzecznie na łaskawe bycie skonsumowaną, tylko zdobycz do upolowania, która chętnie uniknie bycia pożartą”) zaczynamy z biegiem czasu wprowadzać z powrotem „darmowe” posiłki. Procedury karmienia, które proponuję klientom, nie zakładają głodzenia psa. Oferujemy zwierzakowi jedzenie, a jeśli nie jest zainteresowany konsumpcją, wybrzydza, zastanawia się, degustuje, to – zakładając, że to nie wątpliwa jakość pożywienia jest tego źródłem – kolejną propozycję dostaje w porze następnego posiłku.

Na jednym z obozów szkoleniowych usłyszałem z ust instruktora obedience (posłuszeństwo sportowe), że karmi swoje psy „normalnie” (tzn. z miski), bo nie chce, żeby pies myślał, że od tego zależy jego przeżycie – uważa to za niezdrowe. O ile zgadzam się z nim, że nadmierna pazerność na jedzenie może nas słono kosztować w obedience (wokalizacja, nadmierna ekscytacja, nerwowość), o tyle mając na co dzień do czynienia z psami szkolonymi do posłuszeństwa w wydaniu „życiowym”, a nie sportowym, skłaniam się ku twierdzeniu, że dużo bardziej słony koszt poniesiemy, jeśli pielęgnowania owej pazerności zaniechamy. Niemal każdy (w skrajnych przypadkach nawet ten najbardziej ekstremalny) jej poziom jest nam jak najbardziej na rękę. Nam i psu. W imię stosowania tak małej ilości presji jak to możliwe w szkoleniu danego psa – byłbym skłonny łakomstwo wzmacniać ile wlezie. 

Co do zbieractwa – dla mnie to podejrzane jeśli pies nie jest zainteresowany odkurzaniem śmieci na dworzu. Po pierwsze, jeśli Twój pies nie zbiera z ziemi poszedłbym do weta i sprawdził czy coś z jego zdrowiem nie halo ;-). Albo druga opcja – bardziej go kręcą inne środowiskowe uciechy. Jeśli to samiec to pewnie woli szukać zapachów dziewczyn (bo podobno faceci tylko o jednym myślą). Jeśli to suczka to pewnie woli ganiać za kotami (bo podobno kobiety są wredne i mściwe). Ewentualnie trzecia możliwość … jest niejadkiem ;-). Do sedna – zżeranie z ziemi to według moich obserwacji jedna z najbardziej podstawowych psich potrzeb :-). Spalenie miski nie ma z tym nic do czynienia. Jak nie chcesz, żeby pies zbierał z ziemi, to będziesz musiał go tego oduczyć, a nie liczyć, że jak w domu się naje to na dworzu mu się odechce. 

Na koniec zaznaczę, że nie palę miski każdemu psu, który przychodzi do mnie na lekcje i nie każdemu wprowadzam rygorystyczne – a pewnie dla wielu z czytających ten wpis zamordystyczne 😉 – procedury karmienia. Niemniej przychodzą do mnie często po pomoc przewodnicy, którzy borykają się z problemami poważniejszymi niż ciągnięcie na smyczy.  Owszem, ich pieski ciągną na smyczy – ale powody tego ciągnięcia są cięższego kalibru niż chęć podlania krzaczka lub podwędzenia pieczywka gołąbkom. Ciągną do obcych ludzi lub psów, bo chcą ich pożreć. W moim przekonaniu, zwłaszcza w przypadku takich klientów zmiana nawyków (i preferencji ;-)) żywieniowych psa jest wysoce wskazana ;-).

procedury karmienia pdf

 

„Zabawa z psem w przeciąganie sprawi, że będzie agresywny i dominujący. No i … jest męcząca.”

W idealnym (wg moich standardów) świecie dla każdego właściciela jego pies byłby istotną częścią życia. Na tyle istotną, żeby pełnił nie tylko rolę psa towarzyszącego, ale przede wszystkim psa „uczestniczącego”. Jeden z najbardziej satysfakcjonujących sposobów na zaangażowanie psa w nasze życie to wspólna zabawa. Ta w przeciąganie to jedna z najprawdziwiej psich w jakie możemy wyposażyć nasz arsenał – psy młodzieńczą skłonność do imprezowania zachowują do późnej starości. Najlepszym dowodem jest mój 18 letni Gutek, którego w dowolnej chwili jestem w stanie z łatwością sprowokować do wariactw.

Regularnie zadaję sobie pytanie – kiedy ostatni raz szczerze cieszył mnie kontakt z moimi psami? W 90% przypadków to te chwile, gdy bawiliśmy się w polowanie. Jeśli i psy mają coś na kształt ludzkich wspomnień, to myślę, że również jedne z najtrwalszych – bo najulubieńszych – wiążą się z zabawą. Kiedy moje psy śnią, jestem w stanie rozpoznać sny-wspominki o zabawie po mowie ich ciała – merdający ogon, wokalizacje, biegające łapy, sapanie, podwarkiwanie, kłapanie szczęką.

Większość problemów z jakimi borykają się moi klienci można sprowadzić do jednej wspólnej kategorii – braku poczucia kontroli nad psem w wysokim pobudzeniu. Tak się składa, że prawidłowo poprowadzona zabawa w przeciąganie to nic innego jak … panowanie nad silnie podekscytowanym psem. 

Pełna kontrola w zabawie zakłada u mnie, że pies m.in.:

  • prosi o zabawkę w grzeczny sposób (domyślnie to u mnie siad i spojrzenie w oczy), a nie skacze po mnie i próbuje ukraść
  • chwyta zabawkę z mojej ręki tylko wtedy, kiedy usłyszy konkretne hasło
  • celuje zębami w szarpak, a nie moje dłonie lub inne części ciała
  • wraca do mnie z zabawką, kiedy ją w trakcie zabawy puszczę, lub kiedy ją odrzucę na ziemię i po nią wyślę
  • puszcza zabawkę, kiedy o to proszę
  • ignoruje zabawkę odłożoną na ziemi i ją zostawia, kiedy o to proszę
  • potrafi skupić się na wykonywaniu komend, a nie fiksuje się na nagrodzie.

Tyle kontroli i … świetna zabawa? Czy to się nie kłóci? Koszykówka, piłka nożna, pływanie, tenis, a nawet brutalne MMA (mieszane sztuki walki) – wszystkie te gry mają ściśle określone reguły. I wszyscy uczestnicy tych wysoce kontrolowanych zabawa świetnie się w ich trakcie bawią… Co więcej – uczestnicy ochoczo się tym grom oddają mając pełną świadomość tego, że za łamanie reguł grożą … kary.

Zabawa w przeciąganie to mój największy sprzymierzeniec w treningu kontroli impulsów. Gdy pies ma już mocno rozwinięty popęd łupu i opanowane wymienione powyżej zasady gry, wprowadzam w nią ćwiczenia na słuchanie. Garstka pomysłów poniżej:

  • kilka razy z rzędu po komendzie „puść” natychmiast pozwalam psu, w nagrodę za wypuszczenie szarpaka, złapać go ponownie, a po kolejnym wypuszczeniu zaskakuję go komendą (na początku może to być np. prosty trik – obrót wokół własnej osi, cofanie, stanie na tylnych łapach)
  • z psem przede mną, prezentuję z jednej strony ciała dłoń w której trzymam zabawkę, a z drugiej pustą otwartą dłoń – losowo daję psu hasło na zabawkę lub na dotknięcie nosem pustej dłoni
  • z psem na lince (linka przyda się w początkowym stadium, żeby uniknąć ”samo-nagrodzenia się” po błędzie) kilka razy z rzędu daję hasło na aportowanie zabawki i zaraz po tym wyrzucam ją, a kolejnym razem wypowiadam nic nie znaczące słowo-podpuchę, rzucam zabawkę i oczekuję, że pies ogarnie, że próbowałem go nabrać i ją zignoruje -> jeśli wyczekuje w skupieniu na „prawdziwy” sygnał, nagradzam dając dostęp do zdobyczy
  • zostawiam psa ok5-7 metrów przed pachołkiem/tyczką/drzewem do obiegnięcia; wychodzę 2-3 metry przed psa w kierunku obiektu, w opuszczonej dłoni trzymam wyciągniętą zabawkę, zerkam na psa przez ramię, daję komendę zwalniającą i na zmianę pozwalam wziąć wiszącą z dłoni zabawkę lub wysyłam do pachołka przede mną -> oczekuję, że pies będąc wysyłanym gestem dłoni w której trzymam „luźną” zabawkę zignoruje ją i posłucha komendy na obieganie
  • z psem na lince (znowu linka w początkowym stadium, żeby uniknąć zabawy w kotka i myszkę po potencjalnym błędzie) kilka razy rzucam zabawkę w kierunku „miejsca” (posłanie psa, podest, paleta lub dowolny obiekt na który pies może wejść/wskoczyć) i wysyłam go do aportowania zabawki, a w kolejnym powtórzeniu znowu rzucam zabawkę, ale tym razem wysyłam na miejsce -> jeśli pies ignoruje zabawkę w drodze na miejsce i skupia się w pełni na zadaniu, zwalniam go natychmiast do zabawki leżącej na ziemi lub wydaję kolejną od siebie.

Zazwyczaj widzę konsternację na twarzach moich klientów, gdy przychodzą do mnie z problemem pt. „Mój pies: 1) chce upolować każdego napotkanego rowerzystę/biegacza 2) ciska się na smyczy jak opętany na widok kota 3) nie usiedzi w miejscu przy ławce jak widzi inne psy bawiące się w parku”, tymczasem ja im w odpowiedzi nawijam o zabawie w przeciąganie. „Panie Tomku, dla mnie to nie problem, że on nie chce wracać z zabawką; skacze po mnie, gdy ją trzymam w dłoni; czy głuchnie na komendy, kiedy zaczynamy zabawę. Niech Pan powie co zrobić, żeby był grzeczny na spacerach.” 

Tłumaczę wtedy cierpliwie: „Pański pies również: 1) chce upolować każdy trzymany przeze mnie w dłoni smakołyk 2) ciska się na smyczy jak opętany na widok owego smakołyka położonego na ziemi 3) nie usiedzi w miejscu przy Panu ani sekundy jeśli widzi, że stojąc 5 metrów od niego otwieram saszetkę. Skoro na zwykłą suchą karmę Pański pies napala się jak szczerbaty na suchary i zamiast rozumu w głowie ma pożar w burdelu, to jakim cudem ma ignorować rowerzystę, kota i inne psy na spacerach?.”

Jedzenie/smakołyki to u mnie pierwszy stopień rozproszeń. Zabawki/zabawa o których w tym akapicie mowa to już „next level”. Dopiero na finale, z przygotowanym psem, idziemy na czołowe z życiem. Jeśli jestem w stanie odwołać psa od właśnie rzuconej ulubionej zabawki do której już zdążył wystartować, potrafi na luźnej smyczy przejść obok porozrzucanych „podpuch”, a także wytrwać w miejscu, gdy ciskam zabawkami na lewo i prawo – możemy uznać, że mamy podstawowe koncepty zaadresowane i jest zbudowany fundament na którym powstanie w przyszłości „Pomnik grzecznego psa”. 

Dzięki prawidłowej zabawie ugrywam wreszcie i zapobieganie zaborczości (nie tylko o zabawki – przekłada się to także na inne zasoby). To ja dysponuję zabawkami, to ja decyduję  którymi się bawimy, to ja zawsze mam tę lepszą (bo to ja jej daję „życie”!), to ja się w mojej bezgranicznej szczodrości nimi dzielę, to ja decyduję, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy. Nauka wracania z zabawką, puszczania i zostawiania jej w spokoju do których przyłożymy się już na wstępie psiej edukacji to idealne środki prewencyjne przy potencjalnych problemach z zaborczością.

Powtórzę się – życie będzie miało w ofercie dla psa milion rozrywek. Paleta naszych możliwości jako właścicieli jest mocno ograniczona. Słaba motywacja u psa to w moim doświadczeniu druga – po upośledzonej kontroli impulsów – powszechna bolączka psich klientów. Ale psy, tak naprawdę, rzadko mają problemy z motywacją – przecież „świat zewnętrzny” zapewnia im ich w bród i nasze pupile namiętnie się im oddają. Cały nasz wysiłek powinien zatem pójść w ukierunkowaniu – i często ograniczeniu do – tych motywacji którymi to my możemy dysponować/zarządzać. Zabawa w przeciąganie, mimo, że jej zastosowanie jest z praktycznych względów dużo bardziej ograniczone niż praca na pożywienie, to przepotężna broń w walce z bodźcami rozpraszającymi. Grzechem byłoby jej unikanie w imię psiesądów.

Zabawa w psieciąganie to wielofunkcyjne narzędzie szkoleniowe: Bob budowniczy więzi, inspirujący mówca motywacyjny, przebiegły rozproszyciel, zapobiegliwy prewencjusz w problemach behawioralnych, spalacz kalorii, zaspokajacz popędów, kontroler impulsów, instruktor fitness. Czy jednak nie warto się pomęczyć?

Umieszczam poniżej dla dekoracji filmik z udziałem 9 miesięcznego rottweilera Helioxa, nagrany dla klientki w celach edukacyjnych.

Filmik ma charakterystyczny dla mnie undergroundowy sznyt ;-), a o samej zabawie można by zrobić conajmniej weekendowe warsztaty, ale kilka istotnych niuansów można dla siebie z niego wyciągnąć:

  • Używam zabawki na długim sznurku, na końcu którego przyszyte jest atrakcyjne futerko -> długa linka umożliwia wprawienie zabawki w „szczurzy” ruch (i dzięki niej unikam garbienia się 😉 ), a ciekawa końcówka uczy psa, żeby celować kłami z dala od dłoni.
  • Zabawka ucieka nisko przy ziemi – zapobiegam w ten sposób potencjalnie szkodliwym podskokom (zwłaszcza ważne przy młodych, nie w pełni rozwiniętych fizycznie, psach o dużych gabarytach).
  • Gdy uciekam zabawką unikam szarpanych, porywistych ostrych „zwrotów akcji” – chcę oszczędzić początkującemu w tej grze dzieciakowi przypadkowych mikrourazów i kontuzji. Na filmiku w ferworze mojego paplania niestety w jednym momencie straciłem z oczu Helioxa i bardzo nieciekawie wylądował na boku (48 sekunda na filmiku) – z tak niewinnego na pierwszy rzut oka upadku może powstać bardzo poważna kontuzja.
  • Zabawa to rozmowa – gdy pies jest bierny, to ja jestem aktywny, i vice versa – gdy pies zaczyna „dominować”, ja zaczynam „ulegać”. Emocjami, mową ciała, pochwałami, dostępnością zabawki i intensywnością z jaką się przeciągam daję psu znać jak to co robi wpływa na mnie.
  • Daję psu „wygrywać” – gram słabszego, bo kto lubi gry w których zbiera non-stop baty?
  • Gdy Heliox ma mocny chwyt skracam zabawkę zbliżając dłonie bliżej futrzastej końcówki dzięki czemu uzyskuję intensywniejszą kontrakcję ze strony psa; unikałbym tego, gdybym miał do czynienia z niepewnym siebie, nieśmiałym psem, ale Heliox do takich zdecydowanie się nie zalicza ;-). Post-factum zanotowałem, że mógłbym częściej po skróceniu zabawki i uzyskaniu pożądanego efektu dodatkowo go wzmocnić poprzez … oddawanie długości zabawki – niemniej i po to nagrywam filmiki, żebym i ja nie spoczywał na laurach 😉
  • Prosząc o puszczanie wymieniam się na smaczki – jeszcze zanim pies na maksa wkręci się w przeciąganie, zaczynam uczyć puszczania z pomocą jedzenia. Wiedząc, że na dalszym etapie, jeśli skutecznie psu sprzedam zabawę, może on już nie być tak skory do wymiany na smaczki, chcę mieć już zbudowane chociaż częściowe zrozumienie komendy „puść”. Mimo, że docelowo chęć puszczania uzyskuję poprzez dwa inne sposoby: wymianę na drugą zabawkę oraz „umartwianie” szarpaka, to jest dla mnie duży dodatkowy walor w wymianie na pożywienie – chcę ze względów praktycznych (i życiowych i sportowych), żeby mój pies miał dużą łatwość w przechodzeniu z pracy za zabawkę na pracę za jedzenie, i vice versa.
  • Na koniec zabawy pomagam w jeden z najprostszych sposobów zejść młodemu, pobudliwemu i intensywnemu psu jakim jest Heliox zejść z ekscytacji w niższe emocje – przekierowuję jego uwagę na szukanie smakołyków w trawie, a nie wypraszam z imprezy zabierając nagle strzykawkę z koksem i mówiąc „ogarnij się sam”.

Pozostałe niuanse w mojej nawijce na filmiku 😉

 

Ciąg dalszy nastąpi…